Po prostu nie. One shot, który jest taki krótki, że aż szkoda gadać. Moja pierwsza w życiu TA SCENA. Nie mówię tego, by usprawiedliwić moje pseudo zdolności literackie. Hehehe, jestem żałosna - ale to już swoją drogą. Dedykuję tego gniota Emce (masz, zaznaczę Cię na różowo <3), bo ciągle spamowała prośbami o Waycesta i nie umiała się go doczekać. Specjalnie dla Ciebie umieściłam tam śpiewający czajnik.
Eeeeeeeee, zadedykowałabym shota komuś jeszcze, ale nieładnie rzucać takim gównem :c
Let me love you.
Drobny, blady
okularnik siedział na huśtawce. Bujał się powoli, majtając nogami w powietrzu.
Przypatrywał się swoim z lekka wykrzywionym kolanom, które uwydatniały się w
obcisłych spodniach. Uśmiechnął się cynicznie na ten widok, wiedząc, że nigdy
nie będzie idealny. Nigdy nie dorówna swojemu bratu. Nigdy nie będzie taki, jak
starszy Way. Nigdy, po prostu nigdy. Powiał chłodny, jesienny wiatr i łańcuchy
zaskrzypiały, wydając straszliwy odgłos. Blondyn zadygotał z zimna. Naciągnął
rękawy swetra na nadgarstki, okrył się ramionami i zeskoczył na ziemię.
Spojrzał w górę. Na szarym sklepieniu snuły się ciężkie chmury, zwiastując
ulewę. Chłopakowi spodobał się ten widok, ale ruszył powoli do domu. Z chęcią
zostałby i potańczył w deszczu, ale znając życie, przeziębiłby się, a wtedy
Gerard znowu narzekałby na to, że musi się nim zajmować. Nie chciał wzbudzać w
nim litości ani ściągać go z Newark, w końcu miał tam pracę i pewnie układał
sobie życie, a Mikey nie miał zamiaru niszczyć jego planów. Trudno.
Po pięciu minutach
marszu dotarł na podwórze. Stanął przed domem, wyciągając klucze z kieszeni. Zaczęło
kropić, a on coraz bardziej niecierpliwił się, by wejść do środka. W końcu trafił
na właściwy klucz i po chwili wszedł do mieszkania. Zrzucił trampki, kurtka trafiła
na podłogę, a on sam udał się do kuchni. Wyciągnął największy kubek, który
miał, wsypał do niego dwie łyżeczki kawy i wstawił wodę, która zaczęła bulgotać
w czajniku. Opadł na krzesło.
To już tyle
lat. Tyle pieprzonych lat czarnowłosy z nim nie rozmawia. Nienawidzi go, a on
dobrze o tym wie. To przez niego. To on jest wszystkiemu winien. Spotykają się
z obowiązku. Na rodzinnych spotkaniach, zjazdach… I nie udają, że wszystko jest
dobrze. Bo nie jest. Od kiedy tylko pamiętał, to… Gerard nigdy nie miał z nim
dobrego kontaktu. Starszy za nim nie przepadał. Wykorzystywał każdą okazję, aby
go upokorzyć. Często dogryzał mu na każdym kroku. Wiele razy Mikey prosił go,
by dał mu spokój, lecz to nie skutkowało. Dokuczał mu wtedy jeszcze
intensywniej. Nie wspominając już o wielu bójkach, które nie kończyły się
najlepiej dla brązowookiego. Cóż, nie miał okazji, by pytać się, dlaczego to
robi. Chciał z nim porozmawiać, ale kończyło się to wyrzucaniem go z pokoju i
kolejnymi siniakami, więc młodszy siedział sam, nie odzywając się do niego. I
tak w kółko.
Imbryk zaczął
śpiewać swoją specyficzną pieśń, która wyrwała go z zamyśleń. Zerwał się,
wyłączył gaz i napełnił naczynie przeźroczystą cieczą. Przyjemny aromat
wypełnił całe pomieszczenie, czule pieszcząc jego nozdrza. Udał się do
sypialni, sięgając po książkę. Przewertował ją szybko, otwierając na 115
stronie i zabrał się do czytania. Słowa, które zostały napisane odcisnęły się w
jego podświadomości, że oczyma wyobraźni widział wszystko tak, jakby znajdował
się na miejscu bohatera. Zatracił się w lekturze, wodząc wzrokiem za każdą
linijką. Historia może nie należała do najprzyjemniejszych i łatwych, ale była
okropnie wciągająca.
Nagle odezwał
się telefon. Michael postanowił go zignorować i dalej „pożerał” dzieło. Myślał,
że dzwonek odezwie się dwa, może maksymalnie trzy razy i ktoś da spokój, ale się
mylił. Ciągły sygnał rażąco wwiercał się w ciszę, która panowała w pokoju.
Postanowił przerwać i sięgnął szybko po kawę, by upić łyk. W jednej ręce
dzierżył komórkę, nacisnął guzik i usłyszał zdenerwowany, kobiecy głos. Wstał,
niedowierzając jej słowom. Zaczęło kręcić mu się w głowie, pobladł, a dłonie
zaczęły nerwowo drżeć. Upuścił kubek, a on rozbił się, kalecząc jego stopy.
Osunął się na podłogę, zanosząc się gorzkim płaczem.
~~
Ponure,
listopadowe popołudnie. Tłum ludzi odzianych w czerń stoi nad trumną, w której
złożone są zwłoki Donny. Mikey nie potrafi powstrzymać potoku łez, które
spływają po jego policzkach. Kurczowo zaciska dłonie. Bieleją, a na powierzchni
odznaczają się niebieskie żyły, tak, jakby były rzekami na mapie. Jasne włosy
opadają na jego zmęczoną twarz, niegdyś radosną. Przekrwione białka zdradzają
nieprzespane noce, a drżenie całego ciała sprawia, że wygląda jeszcze
żałośniej. Gerardowi robi się przykro, ale beznamiętnie stoi na uboczu.
Przygląda sztucznemu zachowaniu rodziny, zaśmiewając się pod nosem. Nie może
odmówić sobie tej przyjemności, nawet na pogrzebie matki. Obserwuje bacznie
chłopaka, chcąc podejść do niego, złapać i nie wypuścić z ramion. Tkwi w
bezruchu, nic nie czyniąc. Zrobiłby z siebie tylko pośmiewisko. Uczucia są dla
frajerów, a on nim nie jest.
Do zasmuconej
gawiedzi podchodzi ksiądz. Prosi, by wszyscy zajęli miejsca. Ciemnowłosy
poprawia krawat i spoczywa na ostatnim miejscu. Blondyn odwraca się i gdy tylko
zauważa braciszka, ma ochotę do niego podbiec i rzucić się na szyję. Ciepłe ręce
ciotki spoczywają na jego barkach, przytrzymując go. Szybko porzuca te myśli,
wyciągając chusteczkę i ociera oczy. Starszy przenosi wzrok na kwiat
spoczywający na kolanach.
Kapłan
wygłasza szorstkie przemówienie o pani Way. Standardowa formuła, nie płaczcie i
nie smućcie się, bo chociaż mogła jeszcze pożyć, to w niebie będzie o wiele
lepiej. Pieprzony hipokryta. Milczenie wypełniające całą kaplicę przerywa cichy
szloch okularnika. Po chwili mężczyzna kończy kazanie, schodzi z podestu i
wielkie wrota otwierają się, a do budynku wkraczają osobnicy w mundurach.
Zatrzaskują wieko trumny i biorą ją na ręce, po czym odchodzą spokojnie. Żałobnicy
udali się za nimi, a Gerard postanowił to przeczekać. Po chwili podszedł do
niego proboszcz ze strapioną miną.
- Hm.
Postanowiłeś przyjechać, tak? Wolałeś nie pokazywać się jej za życia, bo
doskonale wiedziałeś, że nie toleruje tego typu… zboczeń – zaakcentował
wściekle ostatni wyraz. Gerry nie odzywał się, zaciskając wargi. Miał ochotę
wszystko mu wygarnąć, lecz zamiast tego wstał gwałtownie, odsunął go na bok i
wybiegł. To było ponad jego siły.
Orszak dotarł
na wyznaczone miejsce. Orkiestra zaczęła grać, a trumna powoli opadała na dno.
Mikes podszedł do grobu, rzucając grudkę ziemi. Przymknął oczy i zaczął się
kołysać, próbując się nie mazać. Nagle ktoś przeszedł obok niego z impetem, wystawiając
nad mogiłą rękę. Otworzył powoli garść, z której wypadła krwistoczerwona róża.
- Miłość jest
czerwoną różą na drzwiach od twojej trumny* - szepcze. Wycofuje się i rusza
dostojnym, eleganckim krokiem.
~~
Nie wiedział,
co skłoniło go do odwiedzenia Mikey’ego. Był zimnym skurwysynem i nie
przejmował się takimi ciotami, ale
coś nakazało mu go odwiedzić. Wzruszył ramionami, odchylając się na krześle.
Złapał małą paczuszkę, obrócił ją kilka razy i przeczytał napis: PALENIE ZABIJA ORAZ ZMNIEJSZA TWOJE LIBIDO. Co
jak co, ale Gerard nigdy nie mógł narzekać na swoje libido. Było bardzo… w
porządku. Aż za bardzo. Gdy tylko o tym pomyślał, mimowolnie uniósł kąciki ust
do góry. Zaczął stukać palcami o blat stołu, rozglądając się po pomieszczeniu.
Było gustownie urządzone. Młody miał dobre wyczucie smaku. Po bracie,
oczywiście.
- Słuchaj…
nie przyszedłem tu, by siedzieć sam. Przyjdziesz w końcu, czy nie?! – warknął,
niemalże krzycząc. Blondyn posłuchał go i po chwili zjawił się, nie patrząc na
niego. Skubał nieśmiało róg swojej koszulki, a na jego twarzyczce wykwitły
rumieńce. Nigdy nie potrafił patrzeć mu prosto w oczy, a tym bardziej, gdy byli
sami…
- Coś ty
taki… wstydliwy? Nawet się nie odezwiesz. – wyciągnął papierosa i zapalił go.
Nie umiał wydusić z niego słowa, co irytowało jeszcze bardziej. Pociągnął go za
przegub tak, że wylądował na jego kolanach. Brązowooki przełknął głośno ślinę,
bojąc się tego ruchu. Gee parsknął śmiechem i zaciągnął się, wydmuchując dym na
chłopaka.
- C-co ty
wyprawiasz! Wiesz, że nie znoszę dymu tytoniowego! – jęknął, marszcząc nos.
Starszemu spodobało się to jeszcze bardziej, więc zionął mu parę razy w twarz,
chichocząc jak małe dziecko.
- Ty w ogóle
coś znosisz, hę? – zapytał go, wyraźnie rozbawiony.
- Ciebie
znoszę.
Mikey
wiedział, że takiej odpowiedzi Gerard się nie spodziewał.
~~
Zachwiał się
niebezpiecznie, po czym upadł na podłogę, tłukąc boleśnie plecy. Rozwścieczony brat
wymierzył mu tak silny policzek, że stracił równowagę. Cholera, głupi Way!
Próbował wstać, lecz został szybko przygwożdżony do podłoża ciałem właściciela orzechowych
tęczówek. Złapał nadgarstki jedną ręką i związał je mocno prowizorycznym
sznurkiem. Założył je za głowę, a sam zajął się ustami Michaela. Wpił się w
nie, przygryzając jego wargę aż do krwi. Metaliczny posmak wzmógł jego doznania
i nagle poczuł większą ochotę na swojego młodszego braciszka. Zaczął brutalnie
pieścić jego podniebienie, splatając w dzikim tańcu ich języki. Nie pozwolił mu
na chwilę wytchnienia, na oddech czy dotyk. Zero
uczuć – tak sobie obiecał. Później powstają niepotrzebne komplikacje, a on
nie potrzebuje dodatkowych problemów.
Usiadł na
jego biodrach i złapał go za włosy, zmuszając do siedzącej pozycji. Sam po chwili
wstał i udając, że ignoruje jego obecność wbił wzrok w sufit. Czekał tylko na
odpowiedni moment. Mikey próbował wstać na chwiejących się nogach, ale
zawiązane ręce tylko mu to uniemożliwiały. Po pewnej chwili udało mu się tego
dokonać i był dumny z siebie jak paw, ale to tylko zmotywowało Gerarda do
działania. Chwycił go w talii i pociągnął za sobą, prowadząc go do pokoju. Gdy
dotarli na miejsce, pchnął go drewniany stolik, który zatrzeszczał
niebezpiecznie. Chłopak pisnął z bólu, lecz szybko zamilkł, gdyż dostał prezent
w postaci uderzenia z otwartej dłoni. Zrozumiał, że nie może dawać żadnych
oznak cierpienia.
Czarnowłosy
zagryzł się na jego szyi, robiąc malinkę. Czerwone ślady pojawiły się jeszcze w
kilku miejscach, aby po chwili ustąpić ostrym pazurom, przejeżdżającym w górę i
w dół. Drapał go intensywnie, aż do pojawienia się czerwonych kropelek. Zlizał
je niedbale, zrzucając z niego koszulkę. Blondyn próbował zakryć swoją klatkę
piersiową, ale wyszło beznadziejnie. Gerard obruszył się i przygniótł go
jeszcze bardziej tak, że zabrakło mu tchu. Zniżył swoje usta na jego obojczyki,
gryząc je boleśnie. Na licu młodszego malował się grymas.
- Wiesz,
lubię dominować. Podnieca mnie twoja uległość – wychrypiał gardłowym głosem
Gerard, zaciskając dłoń na klamrze paska – Zresztą, zawsze mnie podniecałeś,
braciszku...
Mikey zgodził
się z nim w głębi ducha. Gee zawsze działał na niego… niepokojąco. Nagle
poczuł, jak majstruje przy jego rozporku i próbuje rozpiąć spodnie. Wypchnął
mimowolnie biodra w górę, pomagając mu. W jednej chwili pozbył się dolnej
części garderoby i okularnik został w samej bieliźnie, która odkrywała jego najpilniej
strzeżony sekret. Way w mgnieniu oka dostrzegł jego bacznie stojącego przyjaciela
i ręka niedbale osunęła mu się na okolice krocza, wydobywając z płuc chłopaka
przeciągły jęk. Szybko zagryzł policzki, by więcej to się nie powtórzyło, ale
jego brat wcale nie ułatwiał mu zadania. Zaczął masować podbrzusze, wbijając w
nie paznokcie, które pozostawiały krwawe ślady. Ręka od czasu do czasu, niby od
niechcenia wędrowała po kroczu Mikey’ego, doprowadzając go do szaleństwa.
Wiedział jednak, że będzie musiał długo poczekać na spełnienie.
Czarnowłosy
ssał jego sutki, niespodziewanie je gryząc. Bawił się nimi, trącając je swoim
zwinnym językiem i masował je, potęgując jego doznania. Na krótko jednak było mu
przyjemnie, gdyż znowu zostawiał różowe blizny na całym ciele. Wbijał palce w
żebra i obojczyki, zostawiając po sobie fioletowe siniaki. Wyglądał jak dziecko
z patologicznej rodziny, ale Gerardowi właśnie na tym zależało. O ironio, czyż
ta sytuacja, w której właśnie się znajdowali, nie była patologiczna?
Zachichotał przerażająco, przymykając oczy.
Jego dłonie
niebezpiecznie zbliżały się do gumki bokserek, które jakby same prosiły się o
ściągnięcie. Jednak on sam pozostawał ubrany, co bardzo go niepokoiło. Przycisnął
się do niego, a Mikey wyczuwając pulsującą twardość brata, westchnął. Starszy
klepnął go mocno w pośladek i zsunął z niego bieliznę, a jego oczom ukazał się
nieziemski widok.
Boże, ile on
na to czekał! We wszystkich fantazjach miewał właśnie takie wyobrażenie. Wiele
razy podglądał go pod prysznicem, w pokoju lub nawet wtedy, gdy Mikey robił
sobie dobrze. Oczywiście, brat nie miał o tym zielonego pojęcia. I zapewne
nigdy się o tym nie dowie. Serce zabiło mu o wiele szybciej, oddech
przyśpieszył, a fala gorąca oblała go od stóp do głów. Zaczął powoli się
rozbierać, przypatrując się reakcji. Gdy pozbył się wszystkich rzeczy, oblizał
seksownie wargi i zaczął mruczeć mu wprost do ucha, przyprawiając go o przyjemne
dreszcze. Przerzucił go na plecy, podążając językiem wzdłuż linii kręgosłupa.
Zaznaczał małe, czerwone punkciki na jego skórze, coraz mocniej ją
przygryzając. Jednym zwinnym ruchem rozchylił jego uda i wszedł w niego
brutalnie, bez przygotowania. Mikes krzyknął wniebogłosy, a z kącików jego oczu
wypłynęły łzy. Starszy nie robił sobie nic z tego i pchał dalej, zanurzając się
w nim aż po same jądra. Rozpacz młodszego, przemieszana z bólem, upokorzeniem i
wstydem po chwili ustąpiła rozkoszy i jękom wypełniającym cały dom. Ręce
mimowolnie zacisnął na silnych ramionach brata, wypychając biodra do góry.
Ciepłe, delikatne ciałko dostosowało się do ruchów Gerarda, tworząc jedność.
Czarnowłosy poruszał się coraz szybciej, przysłuchując się z zadowoleniem
zduszonym okrzykom Mikey’ego. Wychwycił przyśpieszony oddech i takt bijącego
jak oszalałe serca blondyna, co jeszcze bardziej go podnieciło. Usłyszał głośne
westchnięcie wydobywające się z ust brązowookiego, kiedy ciepły płyn rozlał się
w jego wnętrzu. Wysunął się z niego powoli, głaszcząc jego plecy. Po rozwartych
udach sączyło się nasienie, a zamglone spojrzenie pasywnego kochanka
doprowadziło go do ekstazy. Zarzucił nogę na jego udo, splatając dłonie w
mocnym uścisku.
~~
Opierał się o
dębowy blat, znów ćmiąc kolejnego papierosa. Wbił wzrok w nagiego Mikey’ego,
okrytego pogniecionym prześcieradłem. Księżycowe światło padało na delikatną,
niemalże dziewczęcą twarz. Zasłona pięknych, długich rzęs okalała jego lico,
dodając mu niewinności. Porozrzucane w nieładzie kosmyki układały się w loczki,
których tak bardzo nienawidził i z uporem prostował je każdego rana.
Alabastrowa skóra pokryła się krwiakami, a rumieńce nie zniknęły. Lekko
rozchylone wargi wyglądały tak bardzo zachęcająco, że Way musiał się
powstrzymać, by nie rzucić się na niego drugi raz. Dlaczego Michael musiał być
taki piękny? Wręcz idealny? Tak… pociągający.
Zaciągnął
się, rechocząc. Pożądał własnego brata. To było cholernie niezrozumiałe, ale od
dawna ciągnęło go do niego. I właśnie z tego powodu postanowił, że będzie go
nienawidził. Odpychał. Nie mógł z nim wytrzymać, wiedząc, że jego pragnienia są
zupełnie irracjonalne i perwersyjne. Dlatego najlepiej byłoby dla
młodego, gdyby trzymał się z dala od niego. Przeczuwał, że gdy będzie miłym,
kochanym braciszkiem to coś mu zrobi.
Bez jego zgody. A tego nie chciał.
Jednak tego
dnia… po prostu wiedział, że musi. Jakby
własna podświadomość wysyłała mu sygnał, by go przeleciał. Czuł, że nie tylko
on tego chce. I doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że miał rację.
Wracał z pogrzebu matki, wlokąc się
noga za nogą. Zanurkował do kieszeni płaszcza, wyciągając z niej fiolkę Xanaxu.
Zanucił wesołą piosenkę, wysypując tabletki na otwartą dłoń. Już szykował się,
by je połknąć, gdy nagle ktoś złapał go za rękę.
- Chodźmy do mnie, proszę – pisnął. Nie
wiedząc czemu, przystał na propozycję Mikey’ego. A potem… potoczyło się tak,
jak się potoczyło.
Opuścił
głowę, czując się winnym tej zaistniałej sytuacji. Nie chce go zostawić, ale
musi. Jeżeli zostanie z nim, to nigdy się nie ujawnią. Zawsze będą przeciwko
całemu światu, a nienawistni ludzie będą ich szykanować. Zaklął głośno,
podchodząc do posłania. Odgarnął z jego delikatnej twarzyczki pasmo włosów i
szepnął:
- Pozwól mi
ciebie kochać.
*My Chemical Romance - Thank You For The Venom.
Eeee, więc to by było na tyle. Mam nadzieję, że się podobało i, że nie było zbyt wielu powtórzeń (ach, i po co ja się oszukuję?). To do następnego razu!
xoxo
ASDFGHJKLKJHGFDSASDFGHJLKAJHDKJHAJWJALHJKJSLKJGLKAGSHJKDSJKFJGSLAJ. Borze zielony, o rany, o rany, o rany, o rany! Zaraz tu zejdę na zawał, poważnie. Moje serce zwalnia, to się robi strasznie niepokojące... Matko kochana, z rozkojarzenia piszę tutaj o nieważnych rzeczach. No więc... to było takie piękne, cudowne, wspaniale przez Ciebie napisane i opracowane. To jeden z kilku najlepszych Waycestów, jakie udało mi się w życiu przeczytać. Mówię to prosto z serca, NIE KŁAMIĘ. Rany, taki śliczny shot, przez którego prawie serce stanęło mi w miejscu, a Ty zapewne i tak będziesz twierdzić, że jest do dupy. Jejku, nadal nie mogę się uspokoić. ŚPIEWAJĄCY CZAJNIK SPECJALNIE DLA MNIE <33333 Te cudne opisy, taki idealnie wykreowany Gerard i ten słodki Mikey... asdjaskjgsjaljalsfsa. I jeszcze to zakończenie. Rozpłynęłam się na swoim wygodnym krześle i w sumie miło by było pozostać tu już przez resztę życia, cały czas od nowa czytając tego świetnego Waycesta. Za każdym razem, gdy powtarzasz, że to jest gównem, mam ochotę zagrozić Ci uduszeniem albo nawet podjąć się takiego kroku, ale jesteś moją bliźniaczką, więc po prostu nie mogę tego zrobić i nie mogę razem z tym zmarnować Twojego talentu, który jest taaaaaaaki ogromny, że pewnie stokrotnie przerasta Twą samoocenę. Kocham Cię i dziękuję tak bardzo, bardzo, bardzo, bardzo za tę dedykację, choć ani trochę na nią nie zasłużyłam, i za to, że poprawiłaś mi humor, i że w ogóle zawsze potrafisz poprawić mi humor. W ogóle dzięki Ci za to, że jesteś oraz że piszesz coś tak wspaniałego, chociaż nawet w siebie nie wierzysz. Powinnaś, serio.
OdpowiedzUsuńWow. Średnio wiem, co napisać, ale będę kombinować, bo tak zostawiać bez komentarza takiego zajebistego shota, to trochę brzydko :D
OdpowiedzUsuńPierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to świetnie wykreowane postaci. Gerard dominator [bez skojarzeń ok xdd], pewny siebie dupek, przekonany o własnej wartości. A Mikey nieśmiały, wrażliwy, wstydliwy.. Idealne połączenie :D Ale bardziej polubiłam Mikey'a. Lubię takie słodkie sieroty, a w Twoim wydaniu wyszedł bardzo udany egzemplarz takiego wrażliwca ;)
Ten pogrzeb mnie trochę przygnębił. Okropny pastor [mógł się powstrzymać od głupich komentarzy do Gerarda, w takich okolicznościach..], sztucznie zachowująca się rodzina, atmosfera taka a nie inna.. Donnie pewnie bardziej podobałby się taki jak z "Heleny" ^^
A ta scena w domu Mikey'a.. Położyłaś mnie tym kompletnie :D Świetna jest! Gee taki brutalny, wredny.. I miało być "zero uczuć", ale chyba do końca nie wyszło. :D Końcówka świetna, magiczna ;)
Kurczę, słaby ten komentarz, taki nieogarnięty. Ale i tak bardzo, bardzo mi się podobało. Pisz szybko coś nowego ;) Jak już pierwszą "taką" scenę masz za sobą, to teraz może shot z Gerardem i Frankiem? [ja tylko sugeruję xd i ewentualnie proszę ^^].
BOŻE, TO BYŁO PIĘKNE. AŻ NIE WIEM, CO POWIEDZIEĆ, NO JULEK, WEŹ, BRAKUJE MI SŁÓW, BY WYRAZIĆ JAK BARDZO TO CUDOWNE BYŁO *________________________________________* Kocham, kocham, kocham! <3
OdpowiedzUsuńZazwyczaj, gdy czytam jakiś tekst już w trakcie w mojej głowie formuje się jakiś komentarz, ale tutaj...tak nie było. ;p
OdpowiedzUsuńPierwsze, o czym pomyślałam, kiedy zdecydowałam się jednak coś napisać, było jedno słowo - chaos. Cały ten shot, owszem jest sensowny i ma w sobie jakiś plan wydarzeń, jednak jest bardzo chaotyczny i napisany jakby "na szybko", a przynajmniej sprawia takie wrażenie. W każdym razie, historia podobała mi się, lecz moim zdaniem dałoby się ją rozwinąć bardziej, dzięki czemu zrobiłaby jeszcze większe wrażenie na czytelniczkach. Co nie zmienia faktu, że pomysł interesujący i wciągający. Czekam na więcej shotów Twojego autorstwa, ponieważ jestem bardzo ciekawa, jakie pomysły zaprzątają Twoją głowę.
Co do błędów, znalazło się ich tam trochę, zwłaszcza składniowych i brak akapitów, lecz nie jest tragicznie.
A teraz lecę czytać poprzednie notki, na które wcześniej nie miałam czasu.
Trzymam za Ciebie kciuki i czekam na więcej. Pisz, pisz.
No, dobra... Zmieniłam zdanie. Rzucaj wszystkie one shoty, nad którymi pracujesz (jeśli jakiekolwiek takie istnieją) i wstawiaj kolejny odcinek opowiadania.
OdpowiedzUsuń*upada na kolana i złącza dłonie jak do pacierza*
ASGFAHSFGSDJGFAJSDFHAGDJFAJSDHGFJJD
OdpowiedzUsuńJUŻ SIĘ OGARNIAM, TAK WIĘC WYDAM BARDZO KONSTRUKTYWNĄ OPINIĘ.
A tak jeszcze zanim zacznę, powiedz jeszcze raz, że nie umiesz pisać, to Cię znajdę.
Tak więc:
Po 1 Waycest sahdagfahfagdfafsj
Po 2 Kocham takiego Gerarda, uwielbiam, gdy jest wrednym chujem, lubiącym dominować (pewnie się domyśliłaś po moim freradzie XD)
Masz taki nieuporządkowany styl, trochę go zbierz do kupy, albo w sumie nie, tak jest dobrze. Zostaniesz oryginalna :)
No i na koniec ahdgafgdjksfgjkdsfgashdafj WAYCEST <3<3<3