sobota, 26 stycznia 2013

Rozdział I - I mean this: I'm okay!

Hehehejo.
Spełniam swój obywatelski obowiązek i wrzucam nowy rozdział. Dziękuję za uwagę.
Z góry przepraszam za błędy oraz powtórzenia (to moja zmora, ouu). 

Wkurzający dźwięk budzika przerwał gwałtownie sen Franka, przemieniając  go w zaspane zombie. Jednym ruchem wyłączył tą piekielną maszynę, przynosząc ulgę uszom. Wstał, wyprostował plecy i skierował się do łazienki. Ściągnął przez głowę koszulkę i przyjrzał się swojemu ciału. Było takie… nieatrakcyjne, pomyślał. Złapał za brzuch, który nagle wydał mu się ogromny. Pyzata buzia smutno uśmiechnęła się do niego w lustrze. Dlaczego to wszystko musiało spotkać właśnie jego?
„Ojciec miał rację. Jestem za gruby. Trzeba coś z tym zrobić” I chociaż to było nieprawdą, dalej katował się takimi myślami. Chciał to w sobie zmienić, nawet wiedział, jak to zrobić. Wszedł na wagę i wstrzymał oddech, bojąc się tego, co zobaczy.
55 kilogramów.
Niby nie było tak źle, ale… miło by było, gdyby zrzucił te pięć kilogramów. Czułby się pewniejszy siebie.
~~
Po porannym prysznicu czuł się jak nowonarodzony.  Był już kompletnie ubrany, zostało mu może dziesięć minut do wyjścia. Podreptał do kuchni, wyciągnął kilka centów z wazonu i już miał ubierać buty, kiedy z pokoju wychynęła Linda.
- Kochanie, jadłeś śniadanie? – zapytała troskliwie, patrząc uważnie na swoje dziecko.  Przełknął ślinę i skłamał, twierdząc, że zjadł pożywny posiłek składający się z jajecznicy. Matka musiała wyłapać niepewność w jego głosie, ale dała mu spokój i wróciła do siebie. Odetchnął, zawiązał sznurówkę i zbiegł schodami w dół. Od razu wypadł na drogę. Cóż, takie uroki mieszkania w bloku. Szedł ulicą, delektując się lekkim, przyjemnym wiaterkiem. Był chłodny, wiosenny poranek. Mimo panującego zgiełku dało się wychwycić ptasie trele, które wprawiały go w dobry nastrój.  Skręcił w prawo, udając się do małego, białego budynku. Zielony napis „Johnny Ray's” rzucał się w oczy, zachęcając go do wejścia i zamówienia pysznego napoju. Pogrzebał chwilę w kieszeni, odliczając drobne i w końcu uzbierał potrzebną mu sumę. Popchnął wielkie, szklane drzwi i podszedł do kasy, patrząc nieśmiało na sprzedawcę.
- Poproszę jedną kawę. Bez cukru. Bez mleka. – blondyn spojrzał na niego z ukosa, dziwiąc się jego upodobaniom. Upodobania Franka były... uhm, odmienne niż większości. Nie czuł się jednak z tego powodu gorszy. Po krótkim oczekiwaniu złapał za biały kubek wypełniony ciepłym płynem i wyszedł na zewnątrz, kierując się w stronę szkoły. Zdjął plastikowe wieczko, upijając spory łyk kawy. Och, czarna ambrozja! Smolisty napój bogów. Delektował się zarówno aromatem, jak i smakiem małej czarnej. Nucił cichutko piosenkę, niezadowolony z tego, że musi uczęszczać akurat do TEJ szkoły średniej w Newark. Niby miał najbliżej do tego liceum, ale nie cieszyło się ono zbytnio dobrą sławą. Mimo wielu niepochlebnych opinii  nie zmieniało to faktu, że wiele utalentowanych osób było absolwentami właśnie tejże szkoły.
„Ale do cholery, ja nigdy nie byłem i nie będę utalentowany!”
~~
Lekcje wydawały się ciągnąć w nieskończoność, a on sam wariował z nudów. Dlatego ucieszył się jak małe dziecko, gdy dzwonek zabrzęczał, oświadczając godzinną przerwę na obiad. Wyskoczył z klasy, udając się na stołówkę. Zastanawiał się nad pewną kwestią, męczącą go od kilku dni. A gdyby tak się odważyć i… Nie, to nie przejdzie. Nie ma takiej opcji. Wbił wzrok w swoje wysłużone trampki, niegdyś czyste i całe, jak na porządnego ucznia przystało. Granatowy sweterek opijał się ciasno na jego ciele, a biały kołnierzyk zawadiacko wystawał spod niego. Od zawsze lubił chodzić w mundurku, długie rękawy doskonale zakrywały to, co chciał. Obcisłe, czarne rurki owijały się wokół jego łydek, zaznaczając jego chude kończyny, trochę marszcząc się przy nogawkach. Objął się drobnymi dłońmi, dając poczucie bezpieczeństwa. Nagle ni stąd, ni zowąd, pojawił się przy nim Gerard.
-Hej, idziesz na lunch?- rzucił, bacznie obserwując małego. Pokiwał głową, dając mu to do zrozumienia. Way puścił mu oczko i kroczyli razem przez hall, po czym trafili do jadalni. Przy stoiskach z jedzeniem odszedł na chwilę od wyższego i złapał tacę, by złożyć zamówienie.
- Dzień dobry, Frankie! Co dla ciebie? – rumiana kucharka wesoło zagadnęła. Z dziwną miną słuchała jego polecenia, po chwili kładąc na naczyniu jabłko, mały jogurt naturalny i wodę. Iero był łakomczuchem i nie rozumiała, dlaczego zdecydował się na taki mały posiłek. Nie chciała się wtrącać i dała mu święty spokój, za co on w duchu podziękował. Skierował się do swojego przytulnego, jednoosobowego stolika i założył słuchawki, odcinając się od reszty. Zauważył kątem oka, że ktoś przysuwa krzesło. Nieśmiało poprawił opadające mu na oczy włosy i spojrzał na osobnika, którym okazał się być… Gee.
- Dlaczego tak mało wziąłeś? Dzisiaj są naleśniki, przecież je uwielbiasz! A ja nawet nie widzę ich na twoim talerzu, to podejrzane… - sapnął czarnowłosy, przygryzając wargę. Frankowi wydało się to niesamowicie seksowne, ale szybko skarcił się za takie myśli. To tylko bardzo dobry kolega, nawet nie przyjaciel. Wyluzuj, okay?
- Uhm… ja… po prostu… odchudzam się. – wycedził, grzebiąc łyżeczką w jogurcie.
Way wybuchnął gromkim śmiechem, a miodowooki poczerwieniał ze wstydu, a może i ze złości.
„Nie śmiej się ze mnie, ty głupolu!” –  słowa mimowolnie wypłynęły z jego ust, wprawiając towarzysza w konsternację.
-  Przecież nie jesteś gruby! 
- Nie okłamuj mnie, dobrze? I zmieńmy temat, nie rozmawiajmy o tym. – warknął, niemalże krzycząc. Gerard zaprzestał próby przekonania go do swojej racji i wbił wzrok w plastikową butelkę. Uwielbiał Iero i zdawał sobie sprawę z tego, że nie będzie mógł powiedzieć mu o tym, że go kocha. Po pierwsze, takie wyznanie zupełnie do niego nie pasowało, po drugie okropnie się wstydził, a po trzecie, Frankie był chłopakiem. To całkowicie zmieniało postać rzeczy.  Byłby mniej żałosnym człowiekiem  gdyby jeszcze zauroczył się w jakiejś cizi z dekoltem do pępka i tlenionymi włosami. Ale nie. On miał gust i właśnie dlatego wybrał niskiego chłopca, o rumianych policzkach, z prawie dziewczęcą twarzą. Uwielbiał jego nieporadne ruchy, przydługą grzywkę, ciepłą barwę głosu, nadprzeciętne zamiłowanie do książek, (nie wspominając o tym, że młodzież w ich wieku wolała przeglądać świerszczyki, niż „Zabić Drozda”) i kompletny brak zdolności matematycznych. Czasami wyobrażał sobie, że brunet przychodzi do niego i prosi o korepetycje z tego przedmiotu, Way się zgadza, a później… tak, uczą się anatomii. Można by rzec, że dogłębnie. Jednak szybko porzucał te myśli – dopuszczał do siebie fakt, że to i tak nie wypali. 
Odgłos odsuwanego mebla wyrwał go z zamyśleń. Do stolika właśnie dosiadał się Peter, obrzucając ich nienawistnym spojrzeniem.
- Przygruchałeś sobie ochroniarza, co? – warknął, unosząc brwi. Frank zadygotał, o mało co nie strącając jedzenia na potężnego futbolistę. Nagle zdał sobie sprawę z tego, że w tej chwili pogorszył swoją sytuację. Zacisnął ręce na blacie, które szybko pobielały. Żyły odznaczyły się jeszcze bardziej na tej alabastrowej mapie, a oddech przyśpieszył. Próbował się uspokoić, ale nie potrafił. Gerard wstał, zasłaniając własnym ciałem niższego.
- Spierdalaj. – zaakcentował głośno. Kilka osób odwróciło się w jego kierunku, a przy nich zgromadził się mały tłum. Wszyscy przeczuwali wiszącą w powietrzu bójkę i nikt nie chciał jej przegapić. Niby wiadome było, że Peter zgniótłby ich na miazgę, ale… show musi trwać dalej. Dopóki nie wparuje dyrektor.
Gbur poczerwieniał, mrucząc coś niezrozumiale. Podwinął rękawy, odpychając na bok czarnowłosego. Upadł na kafelki, tłukąc dolną część pleców. Wielkolud stanął przed Iero, rzucając w jego kierunku kilka soczystych przekleństw.
- W końcu cię mam, ty mała cioto… - nie dokończył, gdyż pięść Gerarda wylądowała pod jego okiem.
~~
Walka trwała w najlepsze, a z każdej strony dało się słyszeć okrzyk dopingujący jedną ze stron. Brunet próbował ich jakoś rozdzielić, ale nie potrafił. Był za słaby. Gawiedź zacisnęła się bardziej, prawie go wypychając. Chciał coś zrobić. Krzyczał do Way’a, żeby przestał, ale to nic nie dawało. Kucharka zaczęła biegać w kółko, nie wiedząc, co ma czynić i darła się wniebogłosy, pieprząc coś o Chrystusie. Normalnie cyrk na kółkach. Nagle drzwi otworzyły się z hukiem i pojawił się łysiejący czterdziestolatek, stukając obcasami. Maszerował dumnie przez pomieszczenie, a z każdym jego krokiem rozstępowała się młodzież. Dyrektor uśmiechnął się kpiąco. Nie chciał słuchać żadnych tłumaczeń, nie obchodziły go prośby chłopaka.
- Wy dwaj! Do biura! – zagrzmiał, udając się w swoją stronę. Nie obejrzał się ani razu.
A teraz Frank koczował przed salą, czekając na swojego wybawcę. Winił siebie za całą zaistniałą sytuację. Mógł nie prowokować tego grubasa, wyjść wcześniej albo zrobić cokolwiek innego. A wyszło na  to, że jest tchórzem. Po piętnastu minutach zamartwiania się zielonooki opuścił gabinet z  dumnie uniesioną głową. Z wargi sączyła się krew, na twarzy miał kilka zadrapań i siniaków.
- Och, Gee! Ja… przepraszam, przepraszam, przepraszam! – zaczął tłumaczyć się gorączkowo. Było mu ciężko, to on wpędził go w takie gówno. A teraz… pewnie jest zawieszony w prawach ucznia, będą dzwonić do jego matki, a pozostali nie dadzą mu odpocząć.
- Frankie, nie przejmuj się. Mamy siebie i to nam wystarczy – rzekł powoli, wprawiając  go w osłupienie. 

Także tego...
xoxo

3 komentarze:

  1. Rozwijając swoją poprzednią wypowiedź, ta historia od początku wyglądała mi na opowieść o czymś prawdziwym - nie o słodziasznej egzystencji cukierowatych bohaterów, którzy żyją na ziemi, gdzie wiecznie świeci słońce, pod niebem bezustannego szczęścia. Czytając o Franku odnoszę wrażenie, że czytam o sobie, swojej rodzinie, swoich problemach i swoim otoczeniu. Może dlatego więc jego życie wydaje mi się w pełni autentyczne. Nie składa się bowiem z samej głupkowatej radości oraz zawodów miłosnych od czasu do czasu, ale również z kompleksów, jakichś błędnych przekonań o swoim wyglądzie, wrogości ze strony niektórych osób w szkole. W sumie ktokolwiek by na Twojego bloga nie wszedł, pewnie i tak znalazłby tu coś, co odzwierciedla jego własne obawy. A przy chociażby odrobinie talentu autorki, który raczej na pewno masz, można się jeszcze wzbogacić twórczo. Podejrzewam, że relacje bohaterów (jeden podoba się drugiemu i nawzajem, ale żaden nie ma o tym pojęcia) przewijały się już przez wiele schematów, ale mimo tego pozytywne wrażenie raczej szybko się nie zatrze. Jest napisane przejrzyście i ładnie - nie zauważyłam żadnych powtórzeń, więc czy aby na pewno nie przesadzasz? Kilka razy podczas czytania tekstu nawet się uśmiechnęłam (mam głupie poczucie humoru, więc jeśli efekt nie był zamierzony, po prostu zignoruj to zdanie). Mam nadzieję, że na drugi rozdział nie każesz czekać wieki i prędko będę mogła znów przeczytać coś Twojego. Weny życzę :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Piękny rozdział, wiesz? *______* Strasznie mi się podobało i mam taką fazę, że... asfgdjhfnh XD Ale serio, jestem zachwycona ;___; I jakoś krótkie mi się to wydawało, ja chcę dłuższe odcinki! :c Albo nieważne, bo treść była naprawdę przepiękna, a to przecież najważniejsze <3 No i... co kochana powiedzieć więcej? Cudo *_*

    OdpowiedzUsuń
  3. Już zapomniałam, jak lubię Frerardy ;) Może i krótko, ale już mi się podoba. Ciekawe, kiedy dowiedzą się, że się sobie podobają ;) Zakończenie jest w każdym razie dość obiecujące ;D Frank jest uroczy, taki trochę nieporadny i słodki, a Gerard taki obrońca uciśnionych, ale też spoko, lubię tę jego pewność siebie ;) I umie się bić. Kolejny plus. Rozumiem Franka, przynajmniej częściowo, też nie mam za dobrych relacji z ojcem, ale to raczej nie przez mój wygląd, tylko przez ogólnie beznadziejną sytuację. W każdym razie, dobrze że ma chociaż normalną mamę. I zero odchudzania! Więcej ciała = więcej miejsca na tatuaże ;) A 55kg to i tak mało, chciałabym tyle ważyć [i mierzyć tyle co Frankie, wyglądałabym może jak dziewczyna..]. Czekam na kolejny odcinek. ;)
    /walkingdead6661 z tt

    OdpowiedzUsuń