Spełniam swój obywatelski obowiązek i wrzucam nowy rozdział. Dziękuję za uwagę.
Z góry przepraszam za błędy oraz powtórzenia (to moja zmora, ouu).
Wkurzający dźwięk budzika przerwał gwałtownie sen Franka,
przemieniając go w zaspane zombie.
Jednym ruchem wyłączył tą piekielną maszynę, przynosząc ulgę uszom. Wstał,
wyprostował plecy i skierował się do łazienki. Ściągnął przez głowę koszulkę i
przyjrzał się swojemu ciału. Było takie… nieatrakcyjne, pomyślał. Złapał za
brzuch, który nagle wydał mu się ogromny. Pyzata buzia smutno uśmiechnęła się
do niego w lustrze. Dlaczego to wszystko musiało spotkać właśnie jego?
„Ojciec miał rację. Jestem za gruby. Trzeba coś z tym
zrobić” I chociaż to było nieprawdą, dalej katował się takimi myślami. Chciał
to w sobie zmienić, nawet wiedział, jak to zrobić. Wszedł na wagę i wstrzymał
oddech, bojąc się tego, co zobaczy.
55 kilogramów.
Niby nie było tak źle,
ale… miło by było, gdyby zrzucił te pięć kilogramów. Czułby się pewniejszy
siebie.
~~
Po porannym prysznicu czuł się jak nowonarodzony. Był już
kompletnie ubrany, zostało mu może dziesięć minut do wyjścia. Podreptał do
kuchni, wyciągnął kilka centów z wazonu i już miał ubierać buty, kiedy z
pokoju wychynęła Linda.
- Kochanie, jadłeś śniadanie? – zapytała troskliwie, patrząc
uważnie na swoje dziecko. Przełknął
ślinę i skłamał, twierdząc, że zjadł pożywny posiłek składający się z
jajecznicy. Matka musiała wyłapać niepewność w jego głosie, ale dała mu spokój
i wróciła do siebie. Odetchnął, zawiązał sznurówkę i zbiegł schodami w dół. Od
razu wypadł na drogę. Cóż, takie uroki mieszkania w bloku. Szedł ulicą,
delektując się lekkim, przyjemnym wiaterkiem. Był chłodny, wiosenny poranek. Mimo
panującego zgiełku dało się wychwycić ptasie trele, które wprawiały go w dobry
nastrój. Skręcił w prawo, udając się do
małego, białego budynku. Zielony napis „Johnny Ray's” rzucał się w oczy, zachęcając
go do wejścia i zamówienia pysznego napoju. Pogrzebał chwilę w kieszeni,
odliczając drobne i w końcu uzbierał potrzebną mu sumę. Popchnął wielkie,
szklane drzwi i podszedł do kasy, patrząc nieśmiało na sprzedawcę.
- Poproszę jedną kawę. Bez cukru. Bez mleka. – blondyn spojrzał
na niego z ukosa, dziwiąc się jego upodobaniom. Upodobania Franka były... uhm,
odmienne niż większości. Nie czuł się jednak z tego powodu gorszy. Po krótkim
oczekiwaniu złapał za biały kubek wypełniony ciepłym płynem i wyszedł na
zewnątrz, kierując się w stronę szkoły. Zdjął plastikowe wieczko, upijając
spory łyk kawy. Och, czarna ambrozja! Smolisty napój bogów. Delektował się
zarówno aromatem, jak i smakiem małej czarnej. Nucił cichutko piosenkę,
niezadowolony z tego, że musi uczęszczać akurat do TEJ szkoły średniej w
Newark. Niby miał najbliżej do tego liceum, ale nie cieszyło się ono zbytnio
dobrą sławą. Mimo wielu niepochlebnych opinii nie zmieniało to faktu, że wiele
utalentowanych osób było absolwentami właśnie tejże szkoły.
„Ale do cholery, ja nigdy nie byłem i nie będę
utalentowany!”
~~
Lekcje wydawały się ciągnąć w nieskończoność, a on sam
wariował z nudów. Dlatego ucieszył się jak małe dziecko, gdy dzwonek
zabrzęczał, oświadczając godzinną przerwę na obiad. Wyskoczył z klasy, udając się
na stołówkę. Zastanawiał się nad pewną kwestią, męczącą go od kilku dni. A
gdyby tak się odważyć i… Nie, to nie przejdzie. Nie ma takiej opcji. Wbił wzrok
w swoje wysłużone trampki, niegdyś czyste i całe, jak na porządnego ucznia
przystało. Granatowy sweterek opijał się ciasno na jego ciele, a biały
kołnierzyk zawadiacko wystawał spod niego. Od zawsze lubił chodzić w mundurku,
długie rękawy doskonale zakrywały to, co chciał. Obcisłe, czarne rurki owijały
się wokół jego łydek, zaznaczając jego chude kończyny, trochę marszcząc się
przy nogawkach. Objął się drobnymi dłońmi, dając poczucie bezpieczeństwa. Nagle
ni stąd, ni zowąd, pojawił się przy nim Gerard.
-Hej, idziesz na lunch?- rzucił, bacznie obserwując małego.
Pokiwał głową, dając mu to do zrozumienia. Way puścił mu oczko i
kroczyli razem przez hall, po czym trafili do jadalni. Przy stoiskach z
jedzeniem odszedł na chwilę od wyższego i złapał tacę, by złożyć zamówienie.
- Dzień dobry, Frankie! Co dla ciebie? – rumiana kucharka
wesoło zagadnęła. Z dziwną miną słuchała jego polecenia, po chwili kładąc na
naczyniu jabłko, mały jogurt naturalny i wodę. Iero był łakomczuchem i nie
rozumiała, dlaczego zdecydował się na taki mały posiłek. Nie chciała się
wtrącać i dała mu święty spokój, za co on w duchu podziękował. Skierował się do
swojego przytulnego, jednoosobowego stolika i założył słuchawki, odcinając się
od reszty. Zauważył kątem oka, że ktoś przysuwa krzesło. Nieśmiało poprawił
opadające mu na oczy włosy i spojrzał na osobnika, którym okazał się być…
Gee.
- Dlaczego tak mało wziąłeś? Dzisiaj są naleśniki, przecież
je uwielbiasz! A ja nawet nie widzę ich na twoim talerzu, to podejrzane… -
sapnął czarnowłosy, przygryzając wargę. Frankowi wydało się to niesamowicie
seksowne, ale szybko skarcił się za takie myśli. To tylko bardzo dobry kolega,
nawet nie przyjaciel. Wyluzuj, okay?
- Uhm… ja… po prostu… odchudzam się. – wycedził, grzebiąc
łyżeczką w jogurcie.
Way wybuchnął gromkim śmiechem, a miodowooki poczerwieniał
ze wstydu, a może i ze złości.
„Nie śmiej się ze mnie, ty głupolu!” – słowa mimowolnie wypłynęły z jego ust, wprawiając
towarzysza w konsternację.
- Przecież nie jesteś
gruby!
- Nie okłamuj mnie, dobrze? I zmieńmy temat, nie rozmawiajmy
o tym. – warknął, niemalże krzycząc. Gerard zaprzestał próby przekonania go do
swojej racji i wbił wzrok w plastikową butelkę. Uwielbiał Iero i zdawał sobie
sprawę z tego, że nie będzie mógł powiedzieć mu o tym, że go kocha. Po
pierwsze, takie wyznanie zupełnie do niego nie pasowało, po drugie okropnie się
wstydził, a po trzecie, Frankie był chłopakiem. To całkowicie zmieniało postać
rzeczy. Byłby mniej żałosnym
człowiekiem gdyby jeszcze zauroczył się
w jakiejś cizi z dekoltem do pępka i tlenionymi włosami. Ale nie. On miał gust
i właśnie dlatego wybrał niskiego chłopca, o rumianych policzkach, z prawie
dziewczęcą twarzą. Uwielbiał jego nieporadne ruchy, przydługą grzywkę, ciepłą
barwę głosu, nadprzeciętne zamiłowanie do książek, (nie wspominając o tym, że
młodzież w ich wieku wolała przeglądać świerszczyki, niż „Zabić Drozda”) i
kompletny brak zdolności matematycznych. Czasami wyobrażał sobie, że brunet
przychodzi do niego i prosi o korepetycje z tego przedmiotu, Way się zgadza, a
później… tak, uczą się anatomii. Można by rzec, że dogłębnie. Jednak szybko porzucał te myśli – dopuszczał do siebie fakt,
że to i tak nie wypali.
Odgłos odsuwanego mebla wyrwał go z zamyśleń. Do stolika
właśnie dosiadał się Peter, obrzucając ich nienawistnym spojrzeniem.
- Przygruchałeś sobie ochroniarza, co? – warknął, unosząc
brwi. Frank zadygotał, o mało co nie strącając jedzenia na potężnego
futbolistę. Nagle zdał sobie sprawę z tego, że w tej chwili pogorszył swoją
sytuację. Zacisnął ręce na blacie, które szybko pobielały. Żyły odznaczyły się
jeszcze bardziej na tej alabastrowej mapie, a oddech przyśpieszył. Próbował się
uspokoić, ale nie potrafił. Gerard wstał, zasłaniając własnym ciałem niższego.
- Spierdalaj. – zaakcentował głośno. Kilka osób odwróciło
się w jego kierunku, a przy nich zgromadził się mały tłum. Wszyscy przeczuwali
wiszącą w powietrzu bójkę i nikt nie chciał jej przegapić. Niby wiadome było,
że Peter zgniótłby ich na miazgę, ale… show musi trwać dalej. Dopóki nie
wparuje dyrektor.
Gbur poczerwieniał, mrucząc coś niezrozumiale. Podwinął
rękawy, odpychając na bok czarnowłosego. Upadł na kafelki, tłukąc dolną część
pleców. Wielkolud stanął przed Iero, rzucając w jego kierunku kilka soczystych
przekleństw.
- W końcu cię mam, ty mała cioto… - nie dokończył, gdyż
pięść Gerarda wylądowała pod jego okiem.
~~
Walka trwała w najlepsze, a z każdej strony dało się słyszeć
okrzyk dopingujący jedną ze stron. Brunet próbował ich jakoś rozdzielić, ale
nie potrafił. Był za słaby. Gawiedź zacisnęła się bardziej, prawie go
wypychając. Chciał coś zrobić. Krzyczał do Way’a, żeby przestał, ale to nic nie
dawało. Kucharka zaczęła biegać w kółko, nie wiedząc, co ma czynić i darła się
wniebogłosy, pieprząc coś o Chrystusie. Normalnie cyrk na kółkach. Nagle drzwi
otworzyły się z hukiem i pojawił się łysiejący czterdziestolatek, stukając
obcasami. Maszerował dumnie przez pomieszczenie, a z każdym jego krokiem rozstępowała
się młodzież. Dyrektor uśmiechnął się kpiąco. Nie chciał słuchać żadnych tłumaczeń,
nie obchodziły go prośby chłopaka.
- Wy dwaj! Do biura! – zagrzmiał, udając się w swoją stronę.
Nie obejrzał się ani razu.
A teraz Frank koczował przed salą, czekając na swojego
wybawcę. Winił siebie za całą zaistniałą sytuację. Mógł nie prowokować tego
grubasa, wyjść wcześniej albo zrobić cokolwiek innego. A wyszło na to, że jest tchórzem. Po piętnastu minutach
zamartwiania się zielonooki opuścił gabinet z
dumnie uniesioną głową. Z wargi sączyła się krew, na twarzy miał kilka
zadrapań i siniaków.
- Och, Gee! Ja… przepraszam, przepraszam, przepraszam! –
zaczął tłumaczyć się gorączkowo. Było mu ciężko, to on wpędził go w takie
gówno. A teraz… pewnie jest zawieszony w prawach ucznia, będą dzwonić do jego
matki, a pozostali nie dadzą mu odpocząć.
- Frankie, nie przejmuj się. Mamy siebie i to nam wystarczy –
rzekł powoli, wprawiając go w
osłupienie.
Także tego...
xoxo
Rozwijając swoją poprzednią wypowiedź, ta historia od początku wyglądała mi na opowieść o czymś prawdziwym - nie o słodziasznej egzystencji cukierowatych bohaterów, którzy żyją na ziemi, gdzie wiecznie świeci słońce, pod niebem bezustannego szczęścia. Czytając o Franku odnoszę wrażenie, że czytam o sobie, swojej rodzinie, swoich problemach i swoim otoczeniu. Może dlatego więc jego życie wydaje mi się w pełni autentyczne. Nie składa się bowiem z samej głupkowatej radości oraz zawodów miłosnych od czasu do czasu, ale również z kompleksów, jakichś błędnych przekonań o swoim wyglądzie, wrogości ze strony niektórych osób w szkole. W sumie ktokolwiek by na Twojego bloga nie wszedł, pewnie i tak znalazłby tu coś, co odzwierciedla jego własne obawy. A przy chociażby odrobinie talentu autorki, który raczej na pewno masz, można się jeszcze wzbogacić twórczo. Podejrzewam, że relacje bohaterów (jeden podoba się drugiemu i nawzajem, ale żaden nie ma o tym pojęcia) przewijały się już przez wiele schematów, ale mimo tego pozytywne wrażenie raczej szybko się nie zatrze. Jest napisane przejrzyście i ładnie - nie zauważyłam żadnych powtórzeń, więc czy aby na pewno nie przesadzasz? Kilka razy podczas czytania tekstu nawet się uśmiechnęłam (mam głupie poczucie humoru, więc jeśli efekt nie był zamierzony, po prostu zignoruj to zdanie). Mam nadzieję, że na drugi rozdział nie każesz czekać wieki i prędko będę mogła znów przeczytać coś Twojego. Weny życzę :)
OdpowiedzUsuńPiękny rozdział, wiesz? *______* Strasznie mi się podobało i mam taką fazę, że... asfgdjhfnh XD Ale serio, jestem zachwycona ;___; I jakoś krótkie mi się to wydawało, ja chcę dłuższe odcinki! :c Albo nieważne, bo treść była naprawdę przepiękna, a to przecież najważniejsze <3 No i... co kochana powiedzieć więcej? Cudo *_*
OdpowiedzUsuńJuż zapomniałam, jak lubię Frerardy ;) Może i krótko, ale już mi się podoba. Ciekawe, kiedy dowiedzą się, że się sobie podobają ;) Zakończenie jest w każdym razie dość obiecujące ;D Frank jest uroczy, taki trochę nieporadny i słodki, a Gerard taki obrońca uciśnionych, ale też spoko, lubię tę jego pewność siebie ;) I umie się bić. Kolejny plus. Rozumiem Franka, przynajmniej częściowo, też nie mam za dobrych relacji z ojcem, ale to raczej nie przez mój wygląd, tylko przez ogólnie beznadziejną sytuację. W każdym razie, dobrze że ma chociaż normalną mamę. I zero odchudzania! Więcej ciała = więcej miejsca na tatuaże ;) A 55kg to i tak mało, chciałabym tyle ważyć [i mierzyć tyle co Frankie, wyglądałabym może jak dziewczyna..]. Czekam na kolejny odcinek. ;)
OdpowiedzUsuń/walkingdead6661 z tt