piątek, 7 czerwca 2013

Informacja.

Jeżeli jeszcze mnie pamiętacie i czytacie (ohohoho), to pragnę poinformować, że w najbliższym czasie pojawi się tutaj nowy rozdział :'))

sobota, 2 marca 2013

Waycest - Let me love you.

Nie.
Po prostu nie. One shot, który jest taki krótki, że aż szkoda gadać. Moja pierwsza w życiu TA SCENA. Nie mówię tego, by usprawiedliwić moje pseudo zdolności literackie. Hehehe, jestem żałosna - ale to już swoją drogą. Dedykuję tego gniota Emce (masz, zaznaczę Cię na różowo <3), bo ciągle spamowała prośbami o Waycesta i nie umiała się go doczekać. Specjalnie dla Ciebie umieściłam tam śpiewający czajnik.
Eeeeeeeee, zadedykowałabym shota komuś jeszcze, ale nieładnie rzucać takim gównem :c

Let me love you. 

Drobny, blady okularnik siedział na huśtawce. Bujał się powoli, majtając nogami w powietrzu. Przypatrywał się swoim z lekka wykrzywionym kolanom, które uwydatniały się w obcisłych spodniach. Uśmiechnął się cynicznie na ten widok, wiedząc, że nigdy nie będzie idealny. Nigdy nie dorówna swojemu bratu. Nigdy nie będzie taki, jak starszy Way. Nigdy, po prostu nigdy. Powiał chłodny, jesienny wiatr i łańcuchy zaskrzypiały, wydając straszliwy odgłos. Blondyn zadygotał z zimna. Naciągnął rękawy swetra na nadgarstki, okrył się ramionami i zeskoczył na ziemię. Spojrzał w górę. Na szarym sklepieniu snuły się ciężkie chmury, zwiastując ulewę. Chłopakowi spodobał się ten widok, ale ruszył powoli do domu. Z chęcią zostałby i potańczył w deszczu, ale znając życie, przeziębiłby się, a wtedy Gerard znowu narzekałby na to, że musi się nim zajmować. Nie chciał wzbudzać w nim litości ani ściągać go z Newark, w końcu miał tam pracę i pewnie układał sobie życie, a Mikey nie miał zamiaru niszczyć jego planów. Trudno.
Po pięciu minutach marszu dotarł na podwórze. Stanął przed domem, wyciągając klucze z kieszeni. Zaczęło kropić, a on coraz bardziej niecierpliwił się, by wejść do środka. W końcu trafił na właściwy klucz i po chwili wszedł do mieszkania. Zrzucił trampki, kurtka trafiła na podłogę, a on sam udał się do kuchni. Wyciągnął największy kubek, który miał, wsypał do niego dwie łyżeczki kawy i wstawił wodę, która zaczęła bulgotać w czajniku. Opadł na  krzesło.
To już tyle lat. Tyle pieprzonych lat czarnowłosy z nim nie rozmawia. Nienawidzi go, a on dobrze o tym wie. To przez niego. To on jest wszystkiemu winien. Spotykają się z obowiązku. Na rodzinnych spotkaniach, zjazdach… I nie udają, że wszystko jest dobrze. Bo nie jest. Od kiedy tylko pamiętał, to… Gerard nigdy nie miał z nim dobrego kontaktu. Starszy za nim nie przepadał. Wykorzystywał każdą okazję, aby go upokorzyć. Często dogryzał mu na każdym kroku. Wiele razy Mikey prosił go, by dał mu spokój, lecz to nie skutkowało. Dokuczał mu wtedy jeszcze intensywniej. Nie wspominając już o wielu bójkach, które nie kończyły się najlepiej dla brązowookiego. Cóż, nie miał okazji, by pytać się, dlaczego to robi. Chciał z nim porozmawiać, ale kończyło się to wyrzucaniem go z pokoju i kolejnymi siniakami, więc młodszy siedział sam, nie odzywając się do niego. I tak w kółko.
Imbryk zaczął śpiewać swoją specyficzną pieśń, która wyrwała go z zamyśleń. Zerwał się, wyłączył gaz i napełnił naczynie przeźroczystą cieczą. Przyjemny aromat wypełnił całe pomieszczenie, czule pieszcząc jego nozdrza. Udał się do sypialni, sięgając po książkę. Przewertował ją szybko, otwierając na 115 stronie i zabrał się do czytania. Słowa, które zostały napisane odcisnęły się w jego podświadomości, że oczyma wyobraźni widział wszystko tak, jakby znajdował się na miejscu bohatera. Zatracił się w lekturze, wodząc wzrokiem za każdą linijką. Historia może nie należała do najprzyjemniejszych i łatwych, ale była okropnie wciągająca.
Nagle odezwał się telefon. Michael postanowił go zignorować i dalej „pożerał” dzieło. Myślał, że dzwonek odezwie się dwa, może maksymalnie trzy razy i ktoś da spokój, ale się mylił. Ciągły sygnał rażąco wwiercał się w ciszę, która panowała w pokoju. Postanowił przerwać i sięgnął szybko po kawę, by upić łyk. W jednej ręce dzierżył komórkę, nacisnął guzik i usłyszał zdenerwowany, kobiecy głos. Wstał, niedowierzając jej słowom. Zaczęło kręcić mu się w głowie, pobladł, a dłonie zaczęły nerwowo drżeć. Upuścił kubek, a on rozbił się, kalecząc jego stopy. Osunął się na podłogę, zanosząc się gorzkim płaczem.
~~
Ponure, listopadowe popołudnie. Tłum ludzi odzianych w czerń stoi nad trumną, w której złożone są zwłoki Donny. Mikey nie potrafi powstrzymać potoku łez, które spływają po jego policzkach. Kurczowo zaciska dłonie. Bieleją, a na powierzchni odznaczają się niebieskie żyły, tak, jakby były rzekami na mapie. Jasne włosy opadają na jego zmęczoną twarz, niegdyś radosną. Przekrwione białka zdradzają nieprzespane noce, a drżenie całego ciała sprawia, że wygląda jeszcze żałośniej. Gerardowi robi się przykro, ale beznamiętnie stoi na uboczu. Przygląda sztucznemu zachowaniu rodziny, zaśmiewając się pod nosem. Nie może odmówić sobie tej przyjemności, nawet na pogrzebie matki. Obserwuje bacznie chłopaka, chcąc podejść do niego, złapać i nie wypuścić z ramion. Tkwi w bezruchu, nic nie czyniąc. Zrobiłby z siebie tylko pośmiewisko. Uczucia są dla frajerów, a on nim nie jest.
Do zasmuconej gawiedzi podchodzi ksiądz. Prosi, by wszyscy zajęli miejsca. Ciemnowłosy poprawia krawat i spoczywa na ostatnim miejscu. Blondyn odwraca się i gdy tylko zauważa braciszka, ma ochotę do niego podbiec i rzucić się na szyję. Ciepłe ręce ciotki spoczywają na jego barkach, przytrzymując go. Szybko porzuca te myśli, wyciągając chusteczkę i ociera oczy. Starszy przenosi wzrok na kwiat spoczywający na kolanach.
Kapłan wygłasza szorstkie przemówienie o pani Way. Standardowa formuła, nie płaczcie i nie smućcie się, bo chociaż mogła jeszcze pożyć, to w niebie będzie o wiele lepiej. Pieprzony hipokryta. Milczenie wypełniające całą kaplicę przerywa cichy szloch okularnika. Po chwili mężczyzna kończy kazanie, schodzi z podestu i wielkie wrota otwierają się, a do budynku wkraczają osobnicy w mundurach. Zatrzaskują wieko trumny i biorą ją na ręce, po czym odchodzą spokojnie. Żałobnicy udali się za nimi, a Gerard postanowił to przeczekać. Po chwili podszedł do niego proboszcz ze strapioną miną.
- Hm. Postanowiłeś przyjechać, tak? Wolałeś nie pokazywać się jej za życia, bo doskonale wiedziałeś, że nie toleruje tego typu… zboczeń – zaakcentował wściekle ostatni wyraz. Gerry nie odzywał się, zaciskając wargi. Miał ochotę wszystko mu wygarnąć, lecz zamiast tego wstał gwałtownie, odsunął go na bok i wybiegł. To było ponad jego siły.
Orszak dotarł na wyznaczone miejsce. Orkiestra zaczęła grać, a trumna powoli opadała na dno. Mikes podszedł do grobu, rzucając grudkę ziemi. Przymknął oczy i zaczął się kołysać, próbując się nie mazać. Nagle ktoś przeszedł obok niego z impetem, wystawiając nad mogiłą rękę. Otworzył powoli garść, z której wypadła krwistoczerwona róża.
- Miłość jest czerwoną różą na drzwiach od twojej trumny* - szepcze. Wycofuje się i rusza dostojnym, eleganckim krokiem.
~~
Nie wiedział, co skłoniło go do odwiedzenia Mikey’ego. Był zimnym skurwysynem i nie przejmował się takimi ciotami, ale coś nakazało mu go odwiedzić. Wzruszył ramionami, odchylając się na krześle. Złapał małą paczuszkę, obrócił ją kilka razy i przeczytał napis: PALENIE ZABIJA ORAZ ZMNIEJSZA TWOJE LIBIDO. Co jak co, ale Gerard nigdy nie mógł narzekać na swoje libido. Było bardzo… w porządku. Aż za bardzo. Gdy tylko o tym pomyślał, mimowolnie uniósł kąciki ust do góry. Zaczął stukać palcami o blat stołu, rozglądając się po pomieszczeniu. Było gustownie urządzone. Młody miał dobre wyczucie smaku. Po bracie, oczywiście.
- Słuchaj… nie przyszedłem tu, by siedzieć sam. Przyjdziesz w końcu, czy nie?! – warknął, niemalże krzycząc. Blondyn posłuchał go i po chwili zjawił się, nie patrząc na niego. Skubał nieśmiało róg swojej koszulki, a na jego twarzyczce wykwitły rumieńce. Nigdy nie potrafił patrzeć mu prosto w oczy, a tym bardziej, gdy byli sami…
- Coś ty taki… wstydliwy? Nawet się nie odezwiesz. – wyciągnął papierosa i zapalił go. Nie umiał wydusić z niego słowa, co irytowało jeszcze bardziej. Pociągnął go za przegub tak, że wylądował na jego kolanach. Brązowooki przełknął głośno ślinę, bojąc się tego ruchu. Gee parsknął śmiechem i zaciągnął się, wydmuchując dym na chłopaka.
- C-co ty wyprawiasz! Wiesz, że nie znoszę dymu tytoniowego! – jęknął, marszcząc nos. Starszemu spodobało się to jeszcze bardziej, więc zionął mu parę razy w twarz, chichocząc jak małe dziecko.
- Ty w ogóle coś znosisz, hę? – zapytał go, wyraźnie rozbawiony.
- Ciebie znoszę.
Mikey wiedział, że takiej odpowiedzi Gerard się nie spodziewał.
~~
Zachwiał się niebezpiecznie, po czym upadł na podłogę, tłukąc boleśnie plecy. Rozwścieczony brat wymierzył mu tak silny policzek, że stracił równowagę. Cholera, głupi Way! Próbował wstać, lecz został szybko przygwożdżony do podłoża ciałem właściciela orzechowych tęczówek. Złapał nadgarstki jedną ręką i związał je mocno prowizorycznym sznurkiem. Założył je za głowę, a sam zajął się ustami Michaela. Wpił się w nie, przygryzając jego wargę aż do krwi. Metaliczny posmak wzmógł jego doznania i nagle poczuł większą ochotę na swojego młodszego braciszka. Zaczął brutalnie pieścić jego podniebienie, splatając w dzikim tańcu ich języki. Nie pozwolił mu na chwilę wytchnienia, na oddech czy dotyk. Zero uczuć – tak sobie obiecał. Później powstają niepotrzebne komplikacje, a on nie potrzebuje dodatkowych problemów.
Usiadł na jego biodrach i złapał go za włosy, zmuszając do siedzącej pozycji. Sam po chwili wstał i udając, że ignoruje jego obecność wbił wzrok w sufit. Czekał tylko na odpowiedni moment. Mikey próbował wstać na chwiejących się nogach, ale zawiązane ręce tylko mu to uniemożliwiały. Po pewnej chwili udało mu się tego dokonać i był dumny z siebie jak paw, ale to tylko zmotywowało Gerarda do działania. Chwycił go w talii i pociągnął za sobą, prowadząc go do pokoju. Gdy dotarli na miejsce, pchnął go drewniany stolik, który zatrzeszczał niebezpiecznie. Chłopak pisnął z bólu, lecz szybko zamilkł, gdyż dostał prezent w postaci uderzenia z otwartej dłoni. Zrozumiał, że nie może dawać żadnych oznak cierpienia.
Czarnowłosy zagryzł się na jego szyi, robiąc malinkę. Czerwone ślady pojawiły się jeszcze w kilku miejscach, aby po chwili ustąpić ostrym pazurom, przejeżdżającym w górę i w dół. Drapał go intensywnie, aż do pojawienia się czerwonych kropelek. Zlizał je niedbale, zrzucając z niego koszulkę. Blondyn próbował zakryć swoją klatkę piersiową, ale wyszło beznadziejnie. Gerard obruszył się i przygniótł go jeszcze bardziej tak, że zabrakło mu tchu. Zniżył swoje usta na jego obojczyki, gryząc je boleśnie. Na licu młodszego malował się grymas.
- Wiesz, lubię dominować. Podnieca mnie twoja uległość – wychrypiał gardłowym głosem Gerard, zaciskając dłoń na klamrze paska – Zresztą, zawsze mnie podniecałeś, braciszku...
Mikey zgodził się z nim w głębi ducha. Gee zawsze działał na niego… niepokojąco. Nagle poczuł, jak majstruje przy jego rozporku i próbuje rozpiąć spodnie. Wypchnął mimowolnie biodra w górę, pomagając mu. W jednej chwili pozbył się dolnej części garderoby i okularnik został w samej bieliźnie, która odkrywała jego najpilniej strzeżony sekret. Way w mgnieniu oka dostrzegł jego bacznie stojącego przyjaciela i ręka niedbale osunęła mu się na okolice krocza, wydobywając z płuc chłopaka przeciągły jęk. Szybko zagryzł policzki, by więcej to się nie powtórzyło, ale jego brat wcale nie ułatwiał mu zadania. Zaczął masować podbrzusze, wbijając w nie paznokcie, które pozostawiały krwawe ślady. Ręka od czasu do czasu, niby od niechcenia wędrowała po kroczu Mikey’ego, doprowadzając go do szaleństwa. Wiedział jednak, że będzie musiał długo poczekać na spełnienie.
Czarnowłosy ssał jego sutki, niespodziewanie je gryząc. Bawił się nimi, trącając je swoim zwinnym językiem i masował je, potęgując jego doznania. Na krótko jednak było mu przyjemnie, gdyż znowu zostawiał różowe blizny na całym ciele. Wbijał palce w żebra i obojczyki, zostawiając po sobie fioletowe siniaki. Wyglądał jak dziecko z patologicznej rodziny, ale Gerardowi właśnie na tym zależało. O ironio, czyż ta sytuacja, w której właśnie się znajdowali, nie była patologiczna? Zachichotał przerażająco, przymykając oczy.
Jego dłonie niebezpiecznie zbliżały się do gumki bokserek, które jakby same prosiły się o ściągnięcie. Jednak on sam pozostawał ubrany, co bardzo go niepokoiło. Przycisnął się do niego, a Mikey wyczuwając pulsującą twardość brata, westchnął. Starszy klepnął go mocno w pośladek i zsunął z niego bieliznę, a jego oczom ukazał się nieziemski widok.
Boże, ile on na to czekał! We wszystkich fantazjach miewał właśnie takie wyobrażenie. Wiele razy podglądał go pod prysznicem, w pokoju lub nawet wtedy, gdy Mikey robił sobie dobrze. Oczywiście, brat nie miał o tym zielonego pojęcia. I zapewne nigdy się o tym nie dowie. Serce zabiło mu o wiele szybciej, oddech przyśpieszył, a fala gorąca oblała go od stóp do głów. Zaczął powoli się rozbierać, przypatrując się reakcji. Gdy pozbył się wszystkich rzeczy, oblizał seksownie wargi i zaczął mruczeć mu wprost do ucha, przyprawiając go o przyjemne dreszcze. Przerzucił go na plecy, podążając językiem wzdłuż linii kręgosłupa. Zaznaczał małe, czerwone punkciki na jego skórze, coraz mocniej ją przygryzając. Jednym zwinnym ruchem rozchylił jego uda i wszedł w niego brutalnie, bez przygotowania. Mikes krzyknął wniebogłosy, a z kącików jego oczu wypłynęły łzy. Starszy nie robił sobie nic z tego i pchał dalej, zanurzając się w nim aż po same jądra. Rozpacz młodszego, przemieszana z bólem, upokorzeniem i wstydem po chwili ustąpiła rozkoszy i jękom wypełniającym cały dom. Ręce mimowolnie zacisnął na silnych ramionach brata, wypychając biodra do góry. Ciepłe, delikatne ciałko dostosowało się do ruchów Gerarda, tworząc jedność. Czarnowłosy poruszał się coraz szybciej, przysłuchując się z zadowoleniem zduszonym okrzykom Mikey’ego. Wychwycił przyśpieszony oddech i takt bijącego jak oszalałe serca blondyna, co jeszcze bardziej go podnieciło. Usłyszał głośne westchnięcie wydobywające się z ust brązowookiego, kiedy ciepły płyn rozlał się w jego wnętrzu. Wysunął się z niego powoli, głaszcząc jego plecy. Po rozwartych udach sączyło się nasienie, a zamglone spojrzenie pasywnego kochanka doprowadziło go do ekstazy. Zarzucił nogę na jego udo, splatając dłonie w mocnym uścisku.
~~
Opierał się o dębowy blat, znów ćmiąc kolejnego papierosa. Wbił wzrok w nagiego Mikey’ego, okrytego pogniecionym prześcieradłem. Księżycowe światło padało na delikatną, niemalże dziewczęcą twarz. Zasłona pięknych, długich rzęs okalała jego lico, dodając mu niewinności. Porozrzucane w nieładzie kosmyki układały się w loczki, których tak bardzo nienawidził i z uporem prostował je każdego rana. Alabastrowa skóra pokryła się krwiakami, a rumieńce nie zniknęły. Lekko rozchylone wargi wyglądały tak bardzo zachęcająco, że Way musiał się powstrzymać, by nie rzucić się na niego drugi raz. Dlaczego Michael musiał być taki piękny? Wręcz idealny? Tak… pociągający.
Zaciągnął się, rechocząc. Pożądał własnego brata. To było cholernie niezrozumiałe, ale od dawna ciągnęło go do niego. I właśnie z tego powodu postanowił, że będzie go nienawidził. Odpychał. Nie mógł z nim wytrzymać, wiedząc, że jego pragnienia są zupełnie irracjonalne i perwersyjne. Dlatego najlepiej byłoby dla młodego, gdyby trzymał się z dala od niego. Przeczuwał, że gdy będzie miłym, kochanym braciszkiem to coś mu zrobi. Bez jego zgody. A tego nie chciał.
Jednak tego dnia… po prostu wiedział, że musi. Jakby własna podświadomość wysyłała mu sygnał, by go przeleciał. Czuł, że nie tylko on tego chce. I doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że miał rację.
Wracał z pogrzebu matki, wlokąc się noga za nogą. Zanurkował do kieszeni płaszcza, wyciągając z niej fiolkę Xanaxu. Zanucił wesołą piosenkę, wysypując tabletki na otwartą dłoń. Już szykował się, by je połknąć, gdy nagle ktoś złapał go za rękę.
- Chodźmy do mnie, proszę – pisnął. Nie wiedząc czemu, przystał na propozycję Mikey’ego. A potem… potoczyło się tak, jak się potoczyło.
Opuścił głowę, czując się winnym tej zaistniałej sytuacji. Nie chce go zostawić, ale musi. Jeżeli zostanie z nim, to nigdy się nie ujawnią. Zawsze będą przeciwko całemu światu, a nienawistni ludzie będą ich szykanować. Zaklął głośno, podchodząc do posłania. Odgarnął z jego delikatnej twarzyczki pasmo włosów i szepnął:
- Pozwól mi ciebie kochać. 
*My Chemical Romance - Thank You For The Venom. 



Eeee, więc to by było na tyle. Mam nadzieję, że się podobało i, że nie było zbyt wielu powtórzeń (ach, i po co ja się oszukuję?). To do następnego razu!
xoxo

sobota, 26 stycznia 2013

Rozdział I - I mean this: I'm okay!

Hehehejo.
Spełniam swój obywatelski obowiązek i wrzucam nowy rozdział. Dziękuję za uwagę.
Z góry przepraszam za błędy oraz powtórzenia (to moja zmora, ouu). 

Wkurzający dźwięk budzika przerwał gwałtownie sen Franka, przemieniając  go w zaspane zombie. Jednym ruchem wyłączył tą piekielną maszynę, przynosząc ulgę uszom. Wstał, wyprostował plecy i skierował się do łazienki. Ściągnął przez głowę koszulkę i przyjrzał się swojemu ciału. Było takie… nieatrakcyjne, pomyślał. Złapał za brzuch, który nagle wydał mu się ogromny. Pyzata buzia smutno uśmiechnęła się do niego w lustrze. Dlaczego to wszystko musiało spotkać właśnie jego?
„Ojciec miał rację. Jestem za gruby. Trzeba coś z tym zrobić” I chociaż to było nieprawdą, dalej katował się takimi myślami. Chciał to w sobie zmienić, nawet wiedział, jak to zrobić. Wszedł na wagę i wstrzymał oddech, bojąc się tego, co zobaczy.
55 kilogramów.
Niby nie było tak źle, ale… miło by było, gdyby zrzucił te pięć kilogramów. Czułby się pewniejszy siebie.
~~
Po porannym prysznicu czuł się jak nowonarodzony.  Był już kompletnie ubrany, zostało mu może dziesięć minut do wyjścia. Podreptał do kuchni, wyciągnął kilka centów z wazonu i już miał ubierać buty, kiedy z pokoju wychynęła Linda.
- Kochanie, jadłeś śniadanie? – zapytała troskliwie, patrząc uważnie na swoje dziecko.  Przełknął ślinę i skłamał, twierdząc, że zjadł pożywny posiłek składający się z jajecznicy. Matka musiała wyłapać niepewność w jego głosie, ale dała mu spokój i wróciła do siebie. Odetchnął, zawiązał sznurówkę i zbiegł schodami w dół. Od razu wypadł na drogę. Cóż, takie uroki mieszkania w bloku. Szedł ulicą, delektując się lekkim, przyjemnym wiaterkiem. Był chłodny, wiosenny poranek. Mimo panującego zgiełku dało się wychwycić ptasie trele, które wprawiały go w dobry nastrój.  Skręcił w prawo, udając się do małego, białego budynku. Zielony napis „Johnny Ray's” rzucał się w oczy, zachęcając go do wejścia i zamówienia pysznego napoju. Pogrzebał chwilę w kieszeni, odliczając drobne i w końcu uzbierał potrzebną mu sumę. Popchnął wielkie, szklane drzwi i podszedł do kasy, patrząc nieśmiało na sprzedawcę.
- Poproszę jedną kawę. Bez cukru. Bez mleka. – blondyn spojrzał na niego z ukosa, dziwiąc się jego upodobaniom. Upodobania Franka były... uhm, odmienne niż większości. Nie czuł się jednak z tego powodu gorszy. Po krótkim oczekiwaniu złapał za biały kubek wypełniony ciepłym płynem i wyszedł na zewnątrz, kierując się w stronę szkoły. Zdjął plastikowe wieczko, upijając spory łyk kawy. Och, czarna ambrozja! Smolisty napój bogów. Delektował się zarówno aromatem, jak i smakiem małej czarnej. Nucił cichutko piosenkę, niezadowolony z tego, że musi uczęszczać akurat do TEJ szkoły średniej w Newark. Niby miał najbliżej do tego liceum, ale nie cieszyło się ono zbytnio dobrą sławą. Mimo wielu niepochlebnych opinii  nie zmieniało to faktu, że wiele utalentowanych osób było absolwentami właśnie tejże szkoły.
„Ale do cholery, ja nigdy nie byłem i nie będę utalentowany!”
~~
Lekcje wydawały się ciągnąć w nieskończoność, a on sam wariował z nudów. Dlatego ucieszył się jak małe dziecko, gdy dzwonek zabrzęczał, oświadczając godzinną przerwę na obiad. Wyskoczył z klasy, udając się na stołówkę. Zastanawiał się nad pewną kwestią, męczącą go od kilku dni. A gdyby tak się odważyć i… Nie, to nie przejdzie. Nie ma takiej opcji. Wbił wzrok w swoje wysłużone trampki, niegdyś czyste i całe, jak na porządnego ucznia przystało. Granatowy sweterek opijał się ciasno na jego ciele, a biały kołnierzyk zawadiacko wystawał spod niego. Od zawsze lubił chodzić w mundurku, długie rękawy doskonale zakrywały to, co chciał. Obcisłe, czarne rurki owijały się wokół jego łydek, zaznaczając jego chude kończyny, trochę marszcząc się przy nogawkach. Objął się drobnymi dłońmi, dając poczucie bezpieczeństwa. Nagle ni stąd, ni zowąd, pojawił się przy nim Gerard.
-Hej, idziesz na lunch?- rzucił, bacznie obserwując małego. Pokiwał głową, dając mu to do zrozumienia. Way puścił mu oczko i kroczyli razem przez hall, po czym trafili do jadalni. Przy stoiskach z jedzeniem odszedł na chwilę od wyższego i złapał tacę, by złożyć zamówienie.
- Dzień dobry, Frankie! Co dla ciebie? – rumiana kucharka wesoło zagadnęła. Z dziwną miną słuchała jego polecenia, po chwili kładąc na naczyniu jabłko, mały jogurt naturalny i wodę. Iero był łakomczuchem i nie rozumiała, dlaczego zdecydował się na taki mały posiłek. Nie chciała się wtrącać i dała mu święty spokój, za co on w duchu podziękował. Skierował się do swojego przytulnego, jednoosobowego stolika i założył słuchawki, odcinając się od reszty. Zauważył kątem oka, że ktoś przysuwa krzesło. Nieśmiało poprawił opadające mu na oczy włosy i spojrzał na osobnika, którym okazał się być… Gee.
- Dlaczego tak mało wziąłeś? Dzisiaj są naleśniki, przecież je uwielbiasz! A ja nawet nie widzę ich na twoim talerzu, to podejrzane… - sapnął czarnowłosy, przygryzając wargę. Frankowi wydało się to niesamowicie seksowne, ale szybko skarcił się za takie myśli. To tylko bardzo dobry kolega, nawet nie przyjaciel. Wyluzuj, okay?
- Uhm… ja… po prostu… odchudzam się. – wycedził, grzebiąc łyżeczką w jogurcie.
Way wybuchnął gromkim śmiechem, a miodowooki poczerwieniał ze wstydu, a może i ze złości.
„Nie śmiej się ze mnie, ty głupolu!” –  słowa mimowolnie wypłynęły z jego ust, wprawiając towarzysza w konsternację.
-  Przecież nie jesteś gruby! 
- Nie okłamuj mnie, dobrze? I zmieńmy temat, nie rozmawiajmy o tym. – warknął, niemalże krzycząc. Gerard zaprzestał próby przekonania go do swojej racji i wbił wzrok w plastikową butelkę. Uwielbiał Iero i zdawał sobie sprawę z tego, że nie będzie mógł powiedzieć mu o tym, że go kocha. Po pierwsze, takie wyznanie zupełnie do niego nie pasowało, po drugie okropnie się wstydził, a po trzecie, Frankie był chłopakiem. To całkowicie zmieniało postać rzeczy.  Byłby mniej żałosnym człowiekiem  gdyby jeszcze zauroczył się w jakiejś cizi z dekoltem do pępka i tlenionymi włosami. Ale nie. On miał gust i właśnie dlatego wybrał niskiego chłopca, o rumianych policzkach, z prawie dziewczęcą twarzą. Uwielbiał jego nieporadne ruchy, przydługą grzywkę, ciepłą barwę głosu, nadprzeciętne zamiłowanie do książek, (nie wspominając o tym, że młodzież w ich wieku wolała przeglądać świerszczyki, niż „Zabić Drozda”) i kompletny brak zdolności matematycznych. Czasami wyobrażał sobie, że brunet przychodzi do niego i prosi o korepetycje z tego przedmiotu, Way się zgadza, a później… tak, uczą się anatomii. Można by rzec, że dogłębnie. Jednak szybko porzucał te myśli – dopuszczał do siebie fakt, że to i tak nie wypali. 
Odgłos odsuwanego mebla wyrwał go z zamyśleń. Do stolika właśnie dosiadał się Peter, obrzucając ich nienawistnym spojrzeniem.
- Przygruchałeś sobie ochroniarza, co? – warknął, unosząc brwi. Frank zadygotał, o mało co nie strącając jedzenia na potężnego futbolistę. Nagle zdał sobie sprawę z tego, że w tej chwili pogorszył swoją sytuację. Zacisnął ręce na blacie, które szybko pobielały. Żyły odznaczyły się jeszcze bardziej na tej alabastrowej mapie, a oddech przyśpieszył. Próbował się uspokoić, ale nie potrafił. Gerard wstał, zasłaniając własnym ciałem niższego.
- Spierdalaj. – zaakcentował głośno. Kilka osób odwróciło się w jego kierunku, a przy nich zgromadził się mały tłum. Wszyscy przeczuwali wiszącą w powietrzu bójkę i nikt nie chciał jej przegapić. Niby wiadome było, że Peter zgniótłby ich na miazgę, ale… show musi trwać dalej. Dopóki nie wparuje dyrektor.
Gbur poczerwieniał, mrucząc coś niezrozumiale. Podwinął rękawy, odpychając na bok czarnowłosego. Upadł na kafelki, tłukąc dolną część pleców. Wielkolud stanął przed Iero, rzucając w jego kierunku kilka soczystych przekleństw.
- W końcu cię mam, ty mała cioto… - nie dokończył, gdyż pięść Gerarda wylądowała pod jego okiem.
~~
Walka trwała w najlepsze, a z każdej strony dało się słyszeć okrzyk dopingujący jedną ze stron. Brunet próbował ich jakoś rozdzielić, ale nie potrafił. Był za słaby. Gawiedź zacisnęła się bardziej, prawie go wypychając. Chciał coś zrobić. Krzyczał do Way’a, żeby przestał, ale to nic nie dawało. Kucharka zaczęła biegać w kółko, nie wiedząc, co ma czynić i darła się wniebogłosy, pieprząc coś o Chrystusie. Normalnie cyrk na kółkach. Nagle drzwi otworzyły się z hukiem i pojawił się łysiejący czterdziestolatek, stukając obcasami. Maszerował dumnie przez pomieszczenie, a z każdym jego krokiem rozstępowała się młodzież. Dyrektor uśmiechnął się kpiąco. Nie chciał słuchać żadnych tłumaczeń, nie obchodziły go prośby chłopaka.
- Wy dwaj! Do biura! – zagrzmiał, udając się w swoją stronę. Nie obejrzał się ani razu.
A teraz Frank koczował przed salą, czekając na swojego wybawcę. Winił siebie za całą zaistniałą sytuację. Mógł nie prowokować tego grubasa, wyjść wcześniej albo zrobić cokolwiek innego. A wyszło na  to, że jest tchórzem. Po piętnastu minutach zamartwiania się zielonooki opuścił gabinet z  dumnie uniesioną głową. Z wargi sączyła się krew, na twarzy miał kilka zadrapań i siniaków.
- Och, Gee! Ja… przepraszam, przepraszam, przepraszam! – zaczął tłumaczyć się gorączkowo. Było mu ciężko, to on wpędził go w takie gówno. A teraz… pewnie jest zawieszony w prawach ucznia, będą dzwonić do jego matki, a pozostali nie dadzą mu odpocząć.
- Frankie, nie przejmuj się. Mamy siebie i to nam wystarczy – rzekł powoli, wprawiając  go w osłupienie. 

Także tego...
xoxo

sobota, 12 stycznia 2013

Prologue.


Heeeeejo! 
Znowu się widzimy. Wrzucam prolog, mam nadzieję, że się spodoba. Jest krótki, może być kilka powtórzeń, choć tego nie chcę. Nie sprawdzałam, mama zagania mnie do nauki (ej, jest sobota :c).
Btw, opowiadanie wzorowane jest trochę na moim życiu. Kilka faktów się zgadza, ale... uhm, nevermind. Aha, jeszcze jedno - postarzyłam trochę Franka, ale nie miejcie mi tego za złe, dobrze? :( Ot, taka licentia poetica. 
Także, enjoy!
~~
Niewysoki, bladoskóry chłopak stał na murku, paląc papierosa. Przypatrywał się rozbawionej grupce młodzieży, od której dochodziły go niewybredne żarty na temat biologa, wpisującego kolejne jedynki za „braki w wiedzy”. Właściwie wcale go to nie obchodziło, był bardziej zainteresowany opowiadającym, niż historią. Zaciągnął się kolejny raz, by zaraz szybko rzucić peta na chodnik. Nauczyciel przeszedł kilka razy obok niego, piorunując go wzrokiem, lecz nie zwrócił mu żadnej uwagi. Przydeptał niedopałek trampkiem, nieśmiało przestępując z nogi na nogę. Rzucił przelotne spojrzenie w kierunku czarnowłosego. Wsadził ręce do kieszeni, delektując się specyficznym chichotem kolegi. Nagle poczuł delikatną dłoń na swoim ramieniu. Podskoczył, nie spodziewając się dotyku.
- A ty znowu gapisz się na niego? Daj spokój – warknął blondyn. Frank odwrócił się, słysząc głos Maurice’a. Skinął głową ze smutkiem, zeskakując z podwyższenia.
- Wiem, że nie mam żadnych szans, ale nie musisz mi ciągle o tym przypominać! – pisnął, ruszając szybkim krokiem do budynku. Lekcja miała zacząć się za pięć minut, a on nawet nie miał odrobionego zadania. Gerard na pewno miał wszystko przygotowane, ale przecież nie będzie zawracał mu głowy. I to przy kolegach! Naciągnął rękawy bluzy, przeczesał włosy i stanął grzecznie pod klasą, czekając na dzwonek obwieszczający najgorszy przedmiot na świecie. Matematyko, królowo nauk! Czas obalić twoją władzę! Po cholernie długim oczekiwaniu nadeszła wychowawczyni z cynicznym uśmieszkiem na ustach, niosą wielką stertę książek, magazynów i kartkówek. Nie wiadomo skąd, na pomoc kobiecie ruszył Way, odbierając od niej klucz i otwierając drzwi. W gentlemańskim geście przytrzymał je i nonszalancko powiedział, odrzucając grzywkę:
- Panie przodem.
Miodowooki wytrzeszczył oczy w niedowierzaniu i powlókł się za resztą do klasy,  cichutko sapiąc. Zajął swoje zwyczajne miejsce na końcu sali, wyciągnął zeszyt i przybory, po czym zaczął bazgrać na ostatniej kartce. Mimowolnie szkicował idealną twarz Gerry’ego, kreśląc wszystkie jej detale. Dobrze mu to wychodziło, ale nie uważał się za Van Gogha, broń Boże! Wręcz przeciwnie, twierdził, że nie umie rysować, co nie było prawdą. Od zawsze miał problemy ze swoją samooceną.
- … i właśnie dlatego chciałabym was pochwalić, moi drodzy! – dobiegł go donośny głos profesorki – Wspaniale napisaliście test! Cóż… może za jednym wyjątkiem.
Przysadzista kobieta spojrzała na niego znacząco i w jednej chwili stracił jakiekolwiek zainteresowanie lekcją. Wyłączył się całkowicie, skupiając się na podziwianiu białej dłoni. Niebieskie, wystające żyły odznaczały się na jego ręce jak na mapie. Długie, chude palce zaczęły wystukiwać rytm na blacie ławki, coraz intensywniej bębniąc. Wiele osób zwracało mu na to uwagę – twierdzili, że zbytnio się denerwuje. Zaprzeczał, śmiejąc się wniebogłosy.
~~
Zarzucił kostkę na ramię, ruszając w kierunku szatni. Zszedł do pomieszczenia, znajdującego się pod szkołą i odnalazłszy swoją szafkę, wykręcił szyfr. Wzdrygnął się przed widokiem, który ujrzał. Walające się po całej powierzchni kartki, ołówki, kilka butelek po coca-coli i śpiwór. Super, po prostu super! Miał nadzieję, że nic nie wylęgło się z tego bałaganu. Złapał pośpiesznie papier z nagryzmolonymi ocenami  i zaczął czytać. Och, jego stopnie w tym miesiącu były wspaniałe, jak zawsze. No cóż… oprócz przeklętej matematyki. Dwie jedynki, resztę stanowiły same dwójki i  piątka.  Przetarłszy oczy ze zdumienia,  pisnął radośnie i o mało co nie wpadł na Petera, potężnego gbura ze swojej klasy. Nie odczuwał przed nim strachu, choć robiła to połowa klasy. Nie miał zamiaru przeprosić, choćby miało to skutkować obitym ryjem. Uszedł spokojnie kilka kroków, nie oglądając się za siebie. Zanucił jakąś piosenkę i wyszedł na świeże powietrze, zatrzaskując za sobą szklane drzwi. Komórka w jego kieszeni niespodziewanie zawibrowała, że aż podskoczył. Wyciągnął ją i otworzył wiadomość.
„Lepiej byłoby, gdybyś wracał do domu w podskokach. Peter jest nieźle wkurzony na ciebie i gada, że ci wpierdoli”
Wyświetlacz niewzruszenie głosił: nieznany kontakt. Frank przełknął głośno ślinę, przyśpieszając kroku. Nadnercza zaczęły produkować adrenalinę, a w głowie zaczęły kłębić się rozważania. Co zrobić? Uciec jak tchórz i ratować skórę, czy zostać i walczyć? Żadna opcja nie miała najmniejszego sensu. Nie umiał się bronić i wróciłby cały w siniakach, a zwianie spod szkoły gwarantowało bójkę następnego dnia. I to na hallu. Kompromitacja przed uczniami.
„Chuj z tym – pomyślał – I tak jestem outsiderem, nie mam nic do stracenia.” Obrócił się na pięcie do budynku, włożywszy słuchawki do uszu. Delikatny wokal i ciche słowa wypełniły jego umysł, uspokajając go. Zwolnił tempo, rozkoszując się subtelnymi dźwiękami. Zignorował otaczający go świat. Teraz został tylko on i muzyka.
~~
Leżał już dobre dwie godziny na łóżku, zatracając się w  lekturze. Stephen King był jego ulubionym pisarzem, kochał jego dzieła i szybko je pochłaniał. Uwielbiał płynność tekstu, możliwość wyobrażenia sobie, że jest jednym z uczestników „Wielkiego Marszu”; tego, że walczy o swoje życie z paranormalnymi siłami albo ma do dyspozycji piekielny samochód. Wszystko to sprawiało, że czas płynął mu niesamowicie przyjemnie i mógł odciąć się od tego, co dzieje się u niego w domu. Uhm, a sporo się ostatnio działo. Ziewnął szeroko, a oczy zaczęły się niebezpiecznie kleić, dając mu sygnał, że czas zasnąć. Och, gdyby to było takie proste!
Noce były dla niego najgorszym koszmarem, jaki kiedykolwiek istniał. Od pewnego czasu nie potrafił zatracić się w ramionach Morfeusza, chociaż pragnął tego z całych swoich sił. Nieważne, o której się kładł – i tak sen odwiedzał go nad ranem, zostając u niego zaledwie kilka godzin. Wolał spędzać ten czas na czytaniu lub nauce, lecz najczęściej poddawał się długim rozmyślaniom i wspomnieniom, które mąciły jego psychikę i pozbawiały go miłego nastroju. Ech, właściwie to nie pamiętał, kiedy dobrze się czuł i był wesoły. Westchnął, przewracając stronę. Ledwie doszedł do połowy zdania, gdy usłyszał plaskanie gołych stóp. Spojrzał na zegarek – wskazówki wyraźnie pokazywały 1:30, mama już dawno smacznie drzemała. Drzwi gwałtownie  się rozsunęły.
- GAŚ ŚWIATŁO, DARMOZJADZIE I ZAPIERDALAJ DO WYRKA, ZROZUMIANO? - rodzic  warknął, wyraźnie poirytowany faktem, że jego syn jeszcze nie śpi.
- O co ci znowu chodzi? Nie hałasuję, a…
- Gówno mnie to obchodzi. Masz jutro wstać do szkoły, a nie zarywać noce! Poza tym, jak śmiesz siedzieć do tej pory i czytać? WIESZ, ILE WYDAJĘ NA RACHUNKI!? – przerwał gruby mężczyzna, wyłączając pstrykiem żarówkę.
Frank posmutniał, kładąc książkę na biurko. Usiadł, łapiąc się za głowę. Nienawidził tego potwora, jakim był jego ojciec. Ciągle przeklinał, awanturował się i znęcał się nad nim. Uważał, że skoro pracuje i jest głową rodziny, to może ustawiać każdego. Wpędzał chłopaka w kompleksy, ciągle wytykając mu, że jest za niski i za pyzaty. Podcinał mu skrzydła, nie pozwalając grać na gitarze, bo „przecież to ci się do niczego nie przyda!” Wiele razy podkreślał, że „nie ma syna, tylko córkę”. Matka próbowała przemówić mu do rozsądku, przekonać go, by nie był takim zimnym draniem, lecz to szło na marne. Iero był bardzo wrażliwy i nienawidził takich momentów z całego serca. Wiedział, że nic nie może na to poradzić i musi czekać, aż ukończy pełnoletniość. W końcu wyprowadzi się z tego piekielnego domu, uwolni spod władzy tyrana i w końcu będzie, kim chce. Sobą.
Zamknął oczy, wyobrażając sobie nicość. Spadał w bezkształtną, czarną przestrzeń coraz szybciej i nie wyglądało na to, że ktoś przybędzie mu na ratunek.
~~ 
Wiem, że głupie i nudne. Ale... cieszcie się, hehs. Btw... NANA, MASZ PISAĆ ONESHOTA I GO WSTAWIĆ, TY MAŁY, WREDNY POTWORKU! :(
xoxo