sobota, 12 stycznia 2013

Prologue.


Heeeeejo! 
Znowu się widzimy. Wrzucam prolog, mam nadzieję, że się spodoba. Jest krótki, może być kilka powtórzeń, choć tego nie chcę. Nie sprawdzałam, mama zagania mnie do nauki (ej, jest sobota :c).
Btw, opowiadanie wzorowane jest trochę na moim życiu. Kilka faktów się zgadza, ale... uhm, nevermind. Aha, jeszcze jedno - postarzyłam trochę Franka, ale nie miejcie mi tego za złe, dobrze? :( Ot, taka licentia poetica. 
Także, enjoy!
~~
Niewysoki, bladoskóry chłopak stał na murku, paląc papierosa. Przypatrywał się rozbawionej grupce młodzieży, od której dochodziły go niewybredne żarty na temat biologa, wpisującego kolejne jedynki za „braki w wiedzy”. Właściwie wcale go to nie obchodziło, był bardziej zainteresowany opowiadającym, niż historią. Zaciągnął się kolejny raz, by zaraz szybko rzucić peta na chodnik. Nauczyciel przeszedł kilka razy obok niego, piorunując go wzrokiem, lecz nie zwrócił mu żadnej uwagi. Przydeptał niedopałek trampkiem, nieśmiało przestępując z nogi na nogę. Rzucił przelotne spojrzenie w kierunku czarnowłosego. Wsadził ręce do kieszeni, delektując się specyficznym chichotem kolegi. Nagle poczuł delikatną dłoń na swoim ramieniu. Podskoczył, nie spodziewając się dotyku.
- A ty znowu gapisz się na niego? Daj spokój – warknął blondyn. Frank odwrócił się, słysząc głos Maurice’a. Skinął głową ze smutkiem, zeskakując z podwyższenia.
- Wiem, że nie mam żadnych szans, ale nie musisz mi ciągle o tym przypominać! – pisnął, ruszając szybkim krokiem do budynku. Lekcja miała zacząć się za pięć minut, a on nawet nie miał odrobionego zadania. Gerard na pewno miał wszystko przygotowane, ale przecież nie będzie zawracał mu głowy. I to przy kolegach! Naciągnął rękawy bluzy, przeczesał włosy i stanął grzecznie pod klasą, czekając na dzwonek obwieszczający najgorszy przedmiot na świecie. Matematyko, królowo nauk! Czas obalić twoją władzę! Po cholernie długim oczekiwaniu nadeszła wychowawczyni z cynicznym uśmieszkiem na ustach, niosą wielką stertę książek, magazynów i kartkówek. Nie wiadomo skąd, na pomoc kobiecie ruszył Way, odbierając od niej klucz i otwierając drzwi. W gentlemańskim geście przytrzymał je i nonszalancko powiedział, odrzucając grzywkę:
- Panie przodem.
Miodowooki wytrzeszczył oczy w niedowierzaniu i powlókł się za resztą do klasy,  cichutko sapiąc. Zajął swoje zwyczajne miejsce na końcu sali, wyciągnął zeszyt i przybory, po czym zaczął bazgrać na ostatniej kartce. Mimowolnie szkicował idealną twarz Gerry’ego, kreśląc wszystkie jej detale. Dobrze mu to wychodziło, ale nie uważał się za Van Gogha, broń Boże! Wręcz przeciwnie, twierdził, że nie umie rysować, co nie było prawdą. Od zawsze miał problemy ze swoją samooceną.
- … i właśnie dlatego chciałabym was pochwalić, moi drodzy! – dobiegł go donośny głos profesorki – Wspaniale napisaliście test! Cóż… może za jednym wyjątkiem.
Przysadzista kobieta spojrzała na niego znacząco i w jednej chwili stracił jakiekolwiek zainteresowanie lekcją. Wyłączył się całkowicie, skupiając się na podziwianiu białej dłoni. Niebieskie, wystające żyły odznaczały się na jego ręce jak na mapie. Długie, chude palce zaczęły wystukiwać rytm na blacie ławki, coraz intensywniej bębniąc. Wiele osób zwracało mu na to uwagę – twierdzili, że zbytnio się denerwuje. Zaprzeczał, śmiejąc się wniebogłosy.
~~
Zarzucił kostkę na ramię, ruszając w kierunku szatni. Zszedł do pomieszczenia, znajdującego się pod szkołą i odnalazłszy swoją szafkę, wykręcił szyfr. Wzdrygnął się przed widokiem, który ujrzał. Walające się po całej powierzchni kartki, ołówki, kilka butelek po coca-coli i śpiwór. Super, po prostu super! Miał nadzieję, że nic nie wylęgło się z tego bałaganu. Złapał pośpiesznie papier z nagryzmolonymi ocenami  i zaczął czytać. Och, jego stopnie w tym miesiącu były wspaniałe, jak zawsze. No cóż… oprócz przeklętej matematyki. Dwie jedynki, resztę stanowiły same dwójki i  piątka.  Przetarłszy oczy ze zdumienia,  pisnął radośnie i o mało co nie wpadł na Petera, potężnego gbura ze swojej klasy. Nie odczuwał przed nim strachu, choć robiła to połowa klasy. Nie miał zamiaru przeprosić, choćby miało to skutkować obitym ryjem. Uszedł spokojnie kilka kroków, nie oglądając się za siebie. Zanucił jakąś piosenkę i wyszedł na świeże powietrze, zatrzaskując za sobą szklane drzwi. Komórka w jego kieszeni niespodziewanie zawibrowała, że aż podskoczył. Wyciągnął ją i otworzył wiadomość.
„Lepiej byłoby, gdybyś wracał do domu w podskokach. Peter jest nieźle wkurzony na ciebie i gada, że ci wpierdoli”
Wyświetlacz niewzruszenie głosił: nieznany kontakt. Frank przełknął głośno ślinę, przyśpieszając kroku. Nadnercza zaczęły produkować adrenalinę, a w głowie zaczęły kłębić się rozważania. Co zrobić? Uciec jak tchórz i ratować skórę, czy zostać i walczyć? Żadna opcja nie miała najmniejszego sensu. Nie umiał się bronić i wróciłby cały w siniakach, a zwianie spod szkoły gwarantowało bójkę następnego dnia. I to na hallu. Kompromitacja przed uczniami.
„Chuj z tym – pomyślał – I tak jestem outsiderem, nie mam nic do stracenia.” Obrócił się na pięcie do budynku, włożywszy słuchawki do uszu. Delikatny wokal i ciche słowa wypełniły jego umysł, uspokajając go. Zwolnił tempo, rozkoszując się subtelnymi dźwiękami. Zignorował otaczający go świat. Teraz został tylko on i muzyka.
~~
Leżał już dobre dwie godziny na łóżku, zatracając się w  lekturze. Stephen King był jego ulubionym pisarzem, kochał jego dzieła i szybko je pochłaniał. Uwielbiał płynność tekstu, możliwość wyobrażenia sobie, że jest jednym z uczestników „Wielkiego Marszu”; tego, że walczy o swoje życie z paranormalnymi siłami albo ma do dyspozycji piekielny samochód. Wszystko to sprawiało, że czas płynął mu niesamowicie przyjemnie i mógł odciąć się od tego, co dzieje się u niego w domu. Uhm, a sporo się ostatnio działo. Ziewnął szeroko, a oczy zaczęły się niebezpiecznie kleić, dając mu sygnał, że czas zasnąć. Och, gdyby to było takie proste!
Noce były dla niego najgorszym koszmarem, jaki kiedykolwiek istniał. Od pewnego czasu nie potrafił zatracić się w ramionach Morfeusza, chociaż pragnął tego z całych swoich sił. Nieważne, o której się kładł – i tak sen odwiedzał go nad ranem, zostając u niego zaledwie kilka godzin. Wolał spędzać ten czas na czytaniu lub nauce, lecz najczęściej poddawał się długim rozmyślaniom i wspomnieniom, które mąciły jego psychikę i pozbawiały go miłego nastroju. Ech, właściwie to nie pamiętał, kiedy dobrze się czuł i był wesoły. Westchnął, przewracając stronę. Ledwie doszedł do połowy zdania, gdy usłyszał plaskanie gołych stóp. Spojrzał na zegarek – wskazówki wyraźnie pokazywały 1:30, mama już dawno smacznie drzemała. Drzwi gwałtownie  się rozsunęły.
- GAŚ ŚWIATŁO, DARMOZJADZIE I ZAPIERDALAJ DO WYRKA, ZROZUMIANO? - rodzic  warknął, wyraźnie poirytowany faktem, że jego syn jeszcze nie śpi.
- O co ci znowu chodzi? Nie hałasuję, a…
- Gówno mnie to obchodzi. Masz jutro wstać do szkoły, a nie zarywać noce! Poza tym, jak śmiesz siedzieć do tej pory i czytać? WIESZ, ILE WYDAJĘ NA RACHUNKI!? – przerwał gruby mężczyzna, wyłączając pstrykiem żarówkę.
Frank posmutniał, kładąc książkę na biurko. Usiadł, łapiąc się za głowę. Nienawidził tego potwora, jakim był jego ojciec. Ciągle przeklinał, awanturował się i znęcał się nad nim. Uważał, że skoro pracuje i jest głową rodziny, to może ustawiać każdego. Wpędzał chłopaka w kompleksy, ciągle wytykając mu, że jest za niski i za pyzaty. Podcinał mu skrzydła, nie pozwalając grać na gitarze, bo „przecież to ci się do niczego nie przyda!” Wiele razy podkreślał, że „nie ma syna, tylko córkę”. Matka próbowała przemówić mu do rozsądku, przekonać go, by nie był takim zimnym draniem, lecz to szło na marne. Iero był bardzo wrażliwy i nienawidził takich momentów z całego serca. Wiedział, że nic nie może na to poradzić i musi czekać, aż ukończy pełnoletniość. W końcu wyprowadzi się z tego piekielnego domu, uwolni spod władzy tyrana i w końcu będzie, kim chce. Sobą.
Zamknął oczy, wyobrażając sobie nicość. Spadał w bezkształtną, czarną przestrzeń coraz szybciej i nie wyglądało na to, że ktoś przybędzie mu na ratunek.
~~ 
Wiem, że głupie i nudne. Ale... cieszcie się, hehs. Btw... NANA, MASZ PISAĆ ONESHOTA I GO WSTAWIĆ, TY MAŁY, WREDNY POTWORKU! :(
xoxo

1 komentarz:

  1. Boże, to było... piękne! *______________________________* Nie zauważyłam błędów, albo nie były takie duże, by zwrócić na nie uwagę XD Tylko pasowałoby, byś wspomniała w nowym fragmencie tekstu, czy Frank został pobity, czy nie. Jest to dość ważna informacja, szczególnie, że napisałaś, że został pod szkołą. A Franka jakoś nic nie bolało, ani nic... ale ja się ofkors tylko czepiam, bo ja jestem taka zła. Możesz spalić Nanę na stosie D: Ale oprócz tego, tekst był zbudowany cudownie! Treść, dość bogate słownictwo (przypominam ci, że to dopiero to twój drugi twór, więc nie wymagaj od siebie niewiadomo czego :D), fajne postacie i w ogóle. Szczerzę mówiąc, to najbardziej fascynuje mnie Gerdo... nie wiem w sumie, dlaczego, ale co z tego XD Bardzo ładnie napisane, więc chcę więcej, ot co <3

    OdpowiedzUsuń